Większość z nas jest często bardziej związana ze swoją tożsamością internetową, niż z prawdziwym życiem. To „na tablicy” jest nasza arena, na której się pokazujemy. Nasz prywatny wybieg w ZOO platformy społecznościowej. Social media to przedłużenie naszego „ja”, naszego „ego”, dlatego tak bardzo je kochamy . Pokazujemy się takimi, jakimi chcielibyśmy być widziani, a nie takimi, jakimi jesteśmy na co dzień. Pisałem o tym więcej tutaj:
„Dwa oblicza marki osobistej”
„Sztuczność jest żywiołem istoty ludzkiej”
„Pokolenie twórców”.
Czy tworzenie wyimaginowanego, „innego siebie” w sieci jest tylko złe? Niekoniecznie. Ostatnio próbowałem doszukać się w tym jakiś plusów i kilka znalazłem.
Nasze „internetowe ja” może dla nas samych być inspirujące. W jaki sposób? Skoro wiemy jacy chcemy być, jak chcemy być postrzegani, jakich cech nam brakuje (np. chcemy być bardziej asertywni, zdecydowani, przebojowi, pewniejsi naszych racji) nasz twór wyhodowany w social media może nas zmotywować, byśmy w końcu uwierzyli, że tacy jesteśmy.
To jak ciągłe mówienie sobie przed lustrem „jesteś zajebisty, możesz zdobyć świat”. Usłyszysz to od parunastu osób, dostaniesz parędziesiąt lajków i już życie wydaje się hmm….lepsze.
Możesz stać się osobą ze swojego avatara, pytanie tylko, czy naprawdę tego pragniesz? Social media potrafią i mogą leczyć z kompleksów, pomagają w zdobyciu odwagi potrzebnej do tego, by nasze zachowania „online” przenieść do prawdziwego życia.
Gorzej jeśli Twoje „internetowe ja” ma w podstawach skrajną autokreację przepełnioną samouwielbieniem i daleko idącą przesadą, której nie sposób będzie przenieść do świata „offline”.
Zadanie dla Ciebie na dziś: przejrzyj swoje profile i zapytaj siebie, „czy to ja?”, „czy strona o mnie mówi „o mnie”, czy „o mnie, jakim chciałbym być”?
Foto: 1
Art: Ron Mueck – Drift, San Ildefonso Museum, Mexico.