Luty zacząłem z pompą. Naszpikowany poradnikami w stylu „Żyj lepiej”, „Jak wykorzystać swój czas do maksimum”, „wymiataj w pracy”, artykułami z Internetu oraz artykułami o ludziach ze świata biznesu, którzy opowiadają o tym jak wygląda ich dzień pracy i dlaczego śpią tylko 5 godzin pozostając cały czas w świetnej formie, postanowiłem przetestować to na sobie.
Dlaczego? Po prostu od zawsze zastanawiałem się, czy to możliwe.
Chciałem być zajęty do granic możliwości, być/uczestniczyć na 120% w każdej czynności. Nacisnąć swój przycisk „><”, który, kiedy korzystamy z windy powoduje, że ta szybciej zamyka drzwi.
Dzień zaczynałem o godzinie 6:30. O 7:30 byłem już na basenie albo na siłowni. Potem dobre, eko śniadanie – najczęściej sałatka z kurczakiem i heja zarabiać pieniądze. Poranek – sumienne odpisywanie na maile, potem briefing, praca nad projektami, spotkania lub wyjazdy do klientów – każdemu poświęcałem jak najmniej czasu, ale wykorzystywałem go jak najbardziej efektywnie się dało. Tak radzili guru! Zero pitu-pitu. A guru trzeba słuchać.
Spotkania, spotkania, spotkania, soczek ze świeżych jabłek.
Około godziny 14 lunch i wyjście na spacer z psem – oczywiście wyjście z psem według niektórych biznesmenów to idealny moment by odświeżyć umysł i ciało – dlatego rower, rzucanie piłek i krótka przebieżka.
W zależności od dnia, mniej więcej w okolicy 16-18 kończyłem pracę i przychodził czas na kulturę, rozrywkę i delikatny relaks. Wiadomka – 120% do każdej czynności. Ludzie biznesu nie odpoczywają – „busy, busy making money”. Teatr, kino, kolacja w dobrej restauracji, pójście na dobre ciacho i kawę, wyjście z dziewczyną, spotkania ze znajomymi. Wieczorem dobra książka do poduszki lub przebrnięcie przez feedy. To się nazywa „max-life”!
Czy da się do absolutnie każdej czynności podchodzić na 120%?
Czy zwiększenie obrotów na wszystko ma sens? Ma. Jeśli jesteś cyborgiem. Wytrzymałem tydzień, tak jak chciałem. Mam wrażenie, że ta nad-efektywność i nad-organizacyjność spowodowała, że spadła mi żywotność – zwłaszcza umysłowa. Oczywiście swoją pracę wykonywałem, zajęty kalendarz bardzo dobrze dyrygował każdym moim dniem, ale gdzieś w tym wszystkim zgubiłem kreatywność. Nie wymyślałem. Byłem w łagrze swojego kalendarza i 120% produktywności. Czasem nad najlepszymi pomysłami myślałem znacznie więcej niż jeden dzień – teraz nie mogłem sobie na to pozwolić – ograniczał mnie grafik.
Nie mogłem pozwolić sobie na chwilę luzu, która umożliwiłaby mi skupienie się tylko na jednej rzeczy. Oddawałem od siebie zawsze „coś”, ale czułem, że to „coś” nie jest do końca przemyślane. Nie jest przeleżane, nie poszło ze mną do parku, nie brało ze mną kąpieli – nie było pieszczenia się z ideą i pomysłem, które tak lubię.
Jedynym z plusów takiej nad-organizacji było to, że nie miałem problemów z zaśnięciem. Padałem jak truposz na łóżko.
Podziwiam osoby, wszystkich CEO, którzy niewiele śpią, a ich każdy dzień wypełniony jest co do minuty. Wiem, że jest to mniej lub bardziej wykonalne, pytanie tylko jaki tego jest koszt – szczególnie jeśli chodzi o zdrowie. Zarówno fizyczne jak i psychiczne. Idea 120% jest świetna, ale działa dobrze chyba tylko wtedy, kiedy nie jest wykorzystywana przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Przez ten jeden tydzień codziennie uprawiałem sport, jadłem tylko i wyłącznie zdrową żywność, pracowałem według wskazówek najlepszych, niewiele spałem, zaczynałem dzień bardzo wcześnie. Wypracowałem nawet nowe rytuały. Prowadziłem życie „prawdziwego” człowieka sukcesu. To jednak nie wypaliło. Być może po prostu nie nadaję się do takiego trybu życia? Wolę slow life, wolę się powoli upijać rzeczywistością i każdą czynnością w jakiej biorę udział niż od razu zaliczyć „zgona”, a na drugi dzień mieć kaca.
Wygrawerowany w windzie znak „><” służący do szybszego zamknięcia drzwi, daje nam tylko złudne nadzieje tego, że oszczędzamy parę minut z naszego życia. Nie oszczędzamy. Ja tego przycisku już raczej nie tknę. Cieszę się swoim życiem. Nie muszę biec, by je poczuć.
Grafika: 1