I jechałem tak tym autobusem. Jechałem i patrzyłem. Mój nos przy szybie. Prawej. Za szybą wydziedziczona mrowiąca się przestrzeń. Jechałem. Wciąż. Autobusem. I patrzyłem w tę przestrzeń wydziedziczoną, mrowiącą się. Nie widziałem za wiele, bo przestrzeń zachlapano mrokiem godziny dwudziestej pierwszej dwadzieścia trzy.
My stłoczeni. My jadący. Pasażerowie. Przyjaciele jednej podróży. I ja.
Ja, zapach kiełbasy, chrapanie i silnik diesla pracujący na ostatnim biegu. Zbierałem wspomnienia z asfaltu kolejny raz przebywając tę samą trasę. Znam ten zjazd. Znam tę stację. A teraz będziemy przejeżdżać przez… – bawiłem się ze sobą.
Puściłem oko do blondynki w wieku studenckim, która siedziała przy lewej szybie. Złapała to moje wyjście do niej uśmiechem i przypieczętowała je rozchylając wargi, pokazując w ten sposób swoje zadbane uzębienie. Erotyczna ciekawość obijała nam się po głowie, w rytm wybojów od czasu do czasu występujących na trasie Łódź-Warszawa. Blondynka o zapachu lata i pomarańczy, pomarańczy, z którą namiętnie flirtowała obdzierając ją – pomarańczę – ze skórki, a potem ze smaku, teraz obdzierała mnie. Z grzechu. Ta cała sytuacja zagotowała we mnie miąższ. To już nie było spojrzenie. To był atak. To był gwałt flirtem, wykonywany brawurowo każdą częścią kobiecości znaną bogom. To był podryw synchroniczny.
Maskowałem swoje roztopienie spowodowane całą sytuacją. Chowałem ten rozkład w przestrzeni wydzierającej się i mrowiącej, tworząc go i tłumacząc na sympatyczniejszy. I te osoby. Te kiwające się łby. Te otwarte śpiące ryje ziejące kiełbasą stanowiły mur, przed mogącym się wydarzyć niesmakiem na ich oczach.
Ten romans miał swoją datę ważności. Kończył się po stu trzydziestu czterech kilometrach. Kończył się w Warszawie. W Młocinach. I nie pisałem poematów na jej skórze. Pisaliśmy do siebie w gestach. W ciasnym autobusie. Otoczeni chrapaniem i wyciem silnika diesla. Blondynkę odebrali rodzice. Mnie odebrała wydziedziczona mrowiąca się przestrzeń, której nie było już za szybą. Po prostu w nią wszedłem.