Wkremuj się we mnie

Wkremuj się we mnie

Zapiski 24 listopada 2015

To będzie zaiste cudowny dzień – pomyślałem otwierając lewe oko, które w przeciwieństwie do prawego nie było przyciśnięte poduszką. Bóg rano daje mi jedynie zmęczenie. Jakbym budził się za karę. Próbowałem wstawać o świcie – jak to mówią – z pierwszym pianiem koguta, i co? Tylko jakoś bardziej otępiały się czułem. Bóg rano nie daje mi nic, lepiej się wyspać i dopiero pod koniec dnia odkrywać boskość. Z kobietą na przykład.

Zniszczony przez nocy ostatniej intensywność postanowiłem odratować tę daleko idącą już destrukcję człowieka dobrocią kremów i odżywek. Wskoczyłem więc pod prysznic razem z Mariuszem Przybylskim. Byliśmy sami. Ja, on i jego tubka sygnowana znakiem boskości firmy tołpa. I przez chwilę czułem się jak na torfowiskach pod Zieleńcem. Właściwie to nie jestem pewien tego uczucia, ale przez myśl na pewno mi to przeszło.

Jestem w stanie przeczytać całą instrukcje użycia danego kosmetyku, stojąc w kabinie prysznicowej. To moja prywatna, prysznicowa nerwica natręctw. Woda się leje, mnie w uszach od lania wody dudni – bo rano, to zmysł, wiadomo, bystrzejszy i niestępiony dniem całym długim. Więc dudni mi nieprzerwanie to kapanie ze mnie, a ja jak w transie w tubkę wpatrzony i analizuję, czym się zaraz wysmaruję.

I stoję. I kapię. I spływa ze mnie wszystko. W głowie mam bawełnę, w kościach rozlazłość. Twarzy jeszcze nie mam. Została na poduszce. Jestem czymś, co nie przypomina mnie z poprzedniego wieczoru. Jestem zmęczeniem. Atrakcyjność na poziomie dopuszczającym przemilczenie. Więc działam. Odtwarzam się poprzez obietnicę w ulotce i po cichu wierzę, że będę jak nowy.

Około 15 sekund zajmuje mi dojście do tego, ile to jest „ziarno grochu”, bo tyle trzeba nałożyć na skórę. Wyciskam tubkę, liczę, że wycisnąłem tyle, ile trzeba, ni mniej, ni więcej i już na buźce, facjacie, twarzyczce, mordzie mojej mam nałożoną łagodzącą piankę-żel do mycia twarzy. I się myję, wypełniając jak przykazanie sposób użycia, który w tym momencie jest sposobem nadania jakiegokolwiek życia w moje ciało. Na duchu jedynie jestem podniesiony po tej nocy, ale duch zbyt słaby, by dźwignąć ciało postrzelone niedospaniem. Wkremuj się we mnie specyfiku, wypełniaj pory, niedociągnięcia, wygładzaj! Uszlachetniam się za niecałe 30zł.

Spoglądam w lustro. Cholera! Co ta jeżówka wąskolistna robi z człowieka? Taki nowy jestem. Taki świeży. Jak auto z myjni. I czuję się, jak słońce w Teletubisiach. Chlast, chlast, chlast! Chlastam się po twarzy kremem z podpisem „energy”, bo przed trzydziestką to nie mogę być przecież inny niż „energetyczny”, prawda? Przynajmniej według miesięcznika MensHealth. Dwa wdechy. No dobra, zrobię te kilka pompek, by wyglądać jak chłopaki z okładki magazynu Logo. Pompuję. I już tak, bardziej pewny siebie, jak motyl z kokonu wyłażę, by rzeczywistości powiedzieć drugie w ciągu tego poranka „dzień dobry”.

Jest nieźle. Póki co. Jeszcze tylko tuszuję swój samczy zapach antyperspirantem i nanoszę na siebie perfumy marki znienawidzonej przez Eltona Johna. I jeszcze pasta do włosów. Przecież nie wyjdę z domu bez tego uniesienia grzywy! Przecież jestem tego wart!

Jestem gotowy, wymuskany, postawiony na nogi przez specyfiki o dziwnych nazwach. Podskórnie czuję się fatalnie, ale przecież świat nie musi o tym wiedzieć.