Jadę ostatnio A4, żmudną trasę umilam sobie dźwiękami najnowszej płyty The Knife. Autostrada jest o dziwo pusta. Zerkam w lusterko wsteczne, kiedy ni stąd ni zowąd, chciałoby się powiedzieć: spada z nieba ambitny zawodnik. Krótka piłka: do akcji wchodzi na pełnej kurwie. Bierze mnie z prawej strony i kiedy odwracam głowę, by zabić dresa wzrokiem, mym oczom ukazują się trzy zakonnice. Ta, która kieruje obrzuca mnie szatańskim uśmieszkiem i gna dalej przed siebie. Więcej mi nie trzeba, bym mocniej przycisnął pedał gazu. I lecę. Kurwa leceęę (jeśli macie auto z małym silnikiem, wiecie, że to nie przenośnia ;) Świat staje w miejscu, pies lewituje na tylnej kanapie, a ja zbliżam się do rywala. Jeszcze kilka metrów i znów będzie można wymienić nienawistne spojrzenia, tym razem wyższości. Wyprzedzam w końcu ekipę, solidnie zostawiając ją w tyle.
Wtem po dobrych kilku minutach, znów mam intruza na ogonie. Tym razem jest to sąd ostateczny, trzy zakonnice, jak trzech aniołów z tryptyku Hansa Memlinga dmie w trąby zapowiadając rychłą apokalipsę mojego zwycięstwa. Najstarsza z ekipy, z tyłu klepie koronkę, pasażerka kierowcy rękę nonszalancko zawiesza na uchwycie nad szybą. Wśród szumu, hałasu i stukotu kół da się niemal słyszeć nawalające w radio 'Idzie mój pan’…Ten dreszczyk emocji, który przyświeca czynnościom uznawanym za niedozwolone.
I nagle sruuuuuuuu. I pognały i tylem je widział. Bóg mnie opuścił, skoro pozwolił przegrać ten pojedynek.
Zdjęcie: weheartit.com
UPDATE:
Strzeż się zakonnic na autostradzie, dokładnie trzech. Przemierzają one szosy błękitnym VW Golfem V generacji, silnik 2.0