Sorry, Jezu.

Sorry, Jezu.

Zapiski 21 października 2015

Wstaję. Jest niedziela, a dzień pana trzeba przecież święcić, więc wznoszę fanfary, wypełniając chusteczkę mokrościami z mojego nosa. Drę się po całym mieszkaniu donośnym trąbnięciem i drugim, i trzecim, i już. Odetkane, przynajmniej na chwilę. I gdzie moja woda? Wyniosła mi, zaraza. Pewnie do kuchni, po to, by zmusić mnie cierpiącego za… Właśnie, za czyje grzechy? Przecież nie za moje! Nieważne.

Zmuszam się, by zwlec się z łóżka, bo mnie gardło pali i sunę za pragnieniem. Już nie ma powrotu synek, już nie ma. Zapomnij o ulubionym materacu i wielkim łóżku. Żegnaj ciepełko. W głowie mam nerwy, bo przecież nie po to kupiłem łóżko tak wielkie, by na nie jedynie patrzeć przez cały dzień. Leżeć. Leżeć chcę. Minęła mnie w przedpokoju. Słyszę, jak się tam zaściela, jak zbiera z łóżka resztki „człowieczeństwa”, jak wyrzuca moje ciepło z łóżka. MOJE CIEPŁO!

Patrzę na nią gębą nienawiści, w pozie nienawiści. Uśmiech. Poszliśmy z tym w uśmiech, a ze mnie nienawiść jak katar z nosa wykapała. Kobieta dzieło szatana. Przecież dzisiaj niedziela, a dzień pana trzeba święcić.

***

Czasami myślę sobie o tym, który zjednał dwunastu, jak o najlepszym marketerze na świecie. Od upragnionego (?) nieba przecież dzieli nas nie tylko śmierć, ale również parę złotówek wrzuconych, przepraszam, wyrzuconych do koszyka. Zastanawiam się, jaką kwotę w ciągu całego życia wydają ci najgorliwsi i czy można się za to wykupić, np. z karnego kojca Jezusowego lub piekła. Nie uspokaja mnie ta wizja, ponieważ wedle wyliczeń na boskim koncie mam mniej pieniędzy niż w ZUS-ie. W ogóle Nietzsche miał rację, kiedy mówił, że to, co powinno nas uspokajać, to samo życie, a nie to, co po nim. I już mi jakoś weselej.

Kupiłem jej kwiatka w Biedronce. Różę. I to jest inwestycja w przyszłość, a przynajmniej na miły wieczór. Sorry, Jezu.