Od razu po ukończeniu LO postanowiłem wylecieć z domu. Pokusa robienia wszystkiego, kiedy mi się chce i jak chce była niezwykle zachęcająca. Pierwsze miesiące nie były takie łatwe – wiadomo czynsz sam się nie zapłaci. Z przeprażeniem też odkryłem, że więcej hajsu przeznaczam na alkohol i fajki niż na jedzenie. Donalda w tym czasie jeszcze nie było u władzy, więc nie mogłem go zapytać „jak żyć”.
Dramatycznie znikające PLN’y w portfelu szybko stały się problemem. W tym czasie grałem mnóstwo w różnych konkursach i to one były moim głównym źródłem utrzymania, ale wiadomo – nie co miesiąc można było wygrać laptopa lub aparat. Kupiłem więc gazetę i zacząłem wertować ogłoszenia. Skusiło mnie jedno z nich: „Praca w marketingu, 3000zł miesięcznie” – krzyczał nagłówek. Od razu chwyciłem za telefon i zadzwoniłem, by umówić się na spotkanie. Jak się okazało, praca z marketingiem nie mała nic wspólnego.
Na czym więc polegała? Na sprzedaży perfum ludziom na ulicy. Pierwszy dzień pracy – robienie pląsów i śpiewanie hymnu firmy – w tym właśnie momencie czułem się jak największy idiota świata – „Gdzie Ciebie Bielecki poniosło?” – brzmiał w głowie głos. Wysłano nas do Prudnika. W mój pierwszy dzień sprzedałem, przepraszam, wykorzystałem/okradłem 17 naiwnych osób, którym wcisnąłem gówno warte „perfumy”. Czułem się z tym fatalnie, miałem najprawdziwszego moralnego kaca. Wypłatę dostałem jeszcze tego samego dnia i był to mój ostatni dzień pracy w tym miejscu. Do tej pory uważam, że była to najgorsza robota w moim życiu, żal mi było siebie i żal mi było tych osób, które zajmowały się takimi rzeczami – to jest po prostu niegodne.
Całe 90zł, które zarobiłem tamtego dnia wydałem w barze do którego poszedłem z Magdą. Zamówiłem w sumie 3 Mohito i 2 Drinki Prezesa. Pierwsza „poważna” wypłata została więc przepita.
„Fejsowanie uczy pokory”
Następnie było „fejsowanie” towarów w Tesco lub Carrefourze. Czyli 5-8 godzin od 21 do rana przy półkach z produktami: wstawianie nowych artykułów na koniec, wypychanie tych starszych na przód i równe ułożenie, tak by „produkt flirtował z klientem od razu kiedy ten skręci w daną alejkę”. Praca była niewdzięcznie męcząca i marnie płatna 6-7zł/h, dlatego w ramach buntu zdarzyło mi się pójść parę razy do opuszczonej w tym czasie piekarni i podrzemać przez 1-2 godziny.
Ten gość, który w środku miasta krzyczy o nowym kremie, to byłem ja
Potem przyszedł czas na promocje. Byłem specem od Kamisa, Prymatu i kremów Nivea dla mężczyzn. Pamiętam, że za rozmawianie z innymi promotorami ochroniarze wyrzucali z pracy – nietrudno się domyślić, że po pierwszym dniu, skończyłem robotę po 30 minutach. Ta niesubordynacja zakończyła się na szczęście tylko jednodniowym „zwolnieniem”. Byłem również ekspertem od farb Tikkurila w OBI – do tej pory zastanawia mnie dlaczego mogłem jeździć taką ruchomą drabiną i wchodzić na dość spore wysokości bez kasku i bez żadnego szkolenia – ewidentnie łamano tam przepisy BHP – nikt nie zwracał na to uwagi.
Ostatnią moją pracą przed przeprowadzką do Wrocławia była praca we FLO. Na tamten czas była to robota-marzenie. Mój team składał się wyłącznie z dziewczyn. Cóż to były za kobiety, najwspanialsze. Jako rodzynek miałem niezwykłe fory – to była jedna z najluźniejszych prac ever.
Z promocji dobrze wspominam pracę przy deserach Smakija. To było zaraz po przeprowadzce do Wrocławia. Mało godzin do pracy, ale za to dniówka była bardzo wysoka. Następnie przyszedł czas na produkty Apple. Będąc promotorem tej marki w same weekendy zarabiałem więcej, niż pracownicy iSpotów w ciągu miesiąca. Uzyskiwany przychód był na tyle atrakcyjny, że zajmowałem się tym z przerwami niemal przez 1,5 roku.
Stałem „na nogach” najbardziej od początku mojej kariery zawodowej. W weekendy zajmowałem się Apple, w tygodniu rozwijałem swoje pasje (czyt. grałem w kapeli) lub pracowałem przy różnych projektach związanych z PR jako freelancer.
Moment, w którym przestałem się bać mówić, że jestem wart więcej niż inni
Apetyt rósł w miarę jedzenia, więc pewnego razu nagrałem do osoby zarządzającej promotorami w iSource video, w którym śpiewałem o tym, że chcę dostać podwyżkę. Miałem najlepszą sprzedaż we Wrocławiu, więc chciałem żeby zostało to docenione. Zostało. Dostałem podwyżkę, lepsze prowizje, premię od samego prezesa oraz kilka telefonów z gratulacjami za pomysł, „bezczelność” itd.
Patrząc wstecz, wiem, że nawet najgorsza praca wzbogaca. Niezależnie od tego czy miałem negatywne, czy pozytywne spostrzeżenia na temat miejsca pracy, zawsze coś z niego wynosiłem. Patrzyłem na to jak działa rynek, jak traktują mnie inni, jakie relacje zachodzą między ludźmi na różnych etapach kariery zawodowej. Znam uczucie, kiedy dla korporacji zaczynasz coś znaczyć, kiedy korporacja Cię dowartościowuje – łatwo się tym zachłysnąć mimo tego, że dalej jest się trybikiem w wielkim mechanizmie – choć wtedy jakby mniej, przynajmniej przez moment. Każda praca, nawet ta najsłabiej płatna – wzbogaca. Poznajemy siebie, rozwijamy swoje cechy charakteru, wynosimy z niej przemyślenia, poznajemy nowych ludzi…
Czas na swoje
Zanim wraz z Magdą założyliśmy firmę zdobywaliśmy doświadczenie w PR/SM pracując jako freelancerzy dla kilku marek. Uczyliśmy się, jak planuje się strategie, jak zdobywa klientów, jak rozmawia się z klientem, jakie są stawki – gdzie można cenę zawyżyć, gdzie zaniżyć. Sporo z tego okresu wynieśliśmy. Teraz mamy swoich współpracowników i bazę osób, które zapraszamy do konkretnych projektów. Jest dobrze.
Następny krok? Może być zaskakujący i zwariowany.
foto: 1