Prowincja zamarła

Prowincja zamarła

Przestrzeń wydziedziczona 3 marca 2015

Na drodze lokalnej, w stronę jednej z dzielnic Opola, pośród zapachu spalin i oleju silnikowego, na sekundę prowincja zamarła na widok czegoś tak niezwykłego jak kobieta. To była jedna z tych dziewczyn, które wiedzą jak ułożyć ciało w argument. I nie jest wielkim nadużyciem, jeśli się powie, że umysł w takich chwilach myśli ciałem i grzechem, a wszystkie dziesięć przykazań wkuwanych na pamięć „za dzieciaka” można sobie wsadzić w dupę.

I ta jej dojmująca podniosłość.

Zazdrościłem jej tego szykanowania urokiem. Szła, stukając melodycznie obcasami o smutny chodnik,  hipnotyzując kołysaniem bioder kierowców i prowincję. Trzęsła prowincją jak swoim tyłkiem. System globalnej, męskiej komunikacji, wymyślony najprawdopodobniej przed narodzinami Chrystusa, działał bez zarzutu i objawiał się ślinotokiem – to już nie mężczyźni, to zwierzęta rozchylały w myślach dwudziestoparoletnie uda.

Bezoporna była w tym świetle starej lampki pamiętającej początek lat osiemdziesiątych, kiedy narzuciłem na nią swoje ciało. Nagromadzone ciepło jednego epizodu wystarczyło, by ogrzać małą kawalerkę przy ulicy Karola Miarki, w której w tym czasie mieszkałem. A prowincja? Traciła życie, biorąc naszą zabawę za swoją upokarzającą rzeczywistość.