Wiesz, odczuwam czasem barierę językową z moją matką, powiem Ci nawet więcej, nie potrafiłbym ubrać w jednym tweetnięciu tego, czym się zajmuję i co robię na co dzień. Czasem myślę, że czyni mnie to mniej kreatywnym, bo ujęcie w 140 znakach całej myśli jest teraz na topie. Skrótowość i kreatywność. Słowa klucze dla Pani z jakiegoś HaeRu.
Kreatywność jest ważna, wszyscy o niej mówią, „must have”, płacą za nią złotówkami i robią przelewy na konto w mBanku. Nauczyłem mamę języka moich rówieśników. Mama wie, co to blog, social media, facebook, twitter, instagram, zna nawet paru blogerów, choć czasem narzeka, że używają słów, których nie rozumieją. Mama to polonistka starej szkoły. Mama wie, gdzie przecinek, mama słownik SJP ma w paluszku. Małym. Alfabet 2.0. dukam z nią i dukam – mama przerażona czasem ogromem jest – mówię pin-te-rest, obrazki. Mama powtarza, ogląda, pyta, zapamiętuje. Niedługo podepnę ją pod łączę stałe, rozmawiać będę tylko przez Skype, a zakupy będzie przywoził jej Piotr i Paweł swoją białą furgonetką marki Volkswagen.
Leżałem ostatnio w łóżku z kobietą, robiłem z nią redtuby – takie figle, których nie popiera taki gość z Państwa Watykan. Redtjuby różnią się od realiów, ale mógłbym przysiąc, że niektórzy wzorują się na nich, uważając, że tak ma być, tak trzeba robić. Targany ten seks jest jakoś teraz, za włosy, jak szmata.
Jutro jak w każdy zwykły dzień wstanę w okolicach 9. Mógłbym wcześniej, ale czasem chęć obejrzenia tumblera przed uścieleniem się na poduszce jest silniejsza niż chęć snu. W zasadzie mógłbym nie wychodzić z domu – dobrze, że ten pies musi sikać na dworze. Swoje bogate kontakty społeczne ograniczam do kilku tweetnięć, postu na facebooku, dwóch czy trzech zdjęć na Instagram, dziesięciu komentarzy i wysłaniu paru maili. Śmieszna historia z tym Instagramem. Mam lustrzankę, ale zdjęcia nie wychodzą tak pięknie, jak zrobione tym gównianym aparatem w telefonie. I lajki, zbieranie lajków. Jestem kolekcjonerem fejmu – kurwa jak mnie to jara. Dziwię się sobie, że kiedy słyszę sygnał odpowiedzi na Twitterze nie dostaję erekcji, nie sikam pod siebie, nie puszczają mi zwieracze szczęścia.
Zasypany metaliczną miłością z Internetu czuję się dopieszczony. Płacę za to tylko 70zł miesięcznie – tyle kosztuje mnie podłączenie do sieci. Kiedyś lubiłem jak mama mnie przytulała, dawała buziaka w policzek, całowała w czoło, teraz tego nie lubię. Mówię „Matka, do cholery, nie rób tego, gówno mi to daje, zasięg mi się przez twe ckliwe czułości nie zwiększa”. Matka ma do mnie teraz miłość 2.0. Kiedy chce mi powiedzieć, że mnie kocha daje mi lajka. Namawiam ją na Twittera – zawsze to o jeden obserwujący więcej. Mama czasem się denerwuje, że nie zacheckinuje się w mieszkaniu po powrocie z miasta. Taki z niej foursquarowicz.
Siedzę właśnie w kawiarni w której jestem mayorem, mam przywileje, obsługują mnie bez kolejki i raz w tygodniu mam darmową kawę. Teraz piję tę darmową. Ciężko pracowałem, by zostać burmistrzem tego miejsca. Dzisiaj rozmawiałem ze swoją dziewczyną. Wymieniliśmy dokładnie 534 słowa od rana. Jest już koło 15, więc chyba idziemy na rekord!!!! BTW. Jaki jest na to hashtag?
Poznaję świat przez jarzące się piksele na monitorze – to mi w zupełności wystarcza i kiedy usuwam garb z piętnastoletniego krzesła z czasów post-ikea #vintage #klasyk, wracając na noc do łóżka, czuję się szczęśliwy.
Taki kurwa lifestyle. Enjoy the shit.
Foto: 1