Po angielsku brzmi się mądrzej

Po angielsku brzmi się mądrzej

Zapiski 21 lutego 2015

Żyję w świecie deadlineów, fakapów, brainstormów i mistycznych pitchów elevatorskich, po których możesz stać się milionerem. Nie wiem już właściwie, jakim językiem mówię, czy jest on poprawny, czy też kaleczę słowa angielskie lub polskie? Wiem jednak, że rozumieją mnie tam gdzie, powinni, a to wystarcza, by przynależeć, by mieć poczucie uczestnictwa w globalnej komunikacji. 

Słucham lub robię briefingi i wkładam rzeczy w schedule. Czuję wtedy powiew jakiejś nienazwanej świeżości, jakieś lepsze experience mnie wtedy otacza. Oto ja, znający skomplikowane słowa na określenie prostych czynności, stoję przed potencjalnym klientem z głową pełną wiedzy. Zabawiam go small talkiem, by potem przejść do tego, jak stworzyć dobre adsy, ponieważ już dawno zapomniałem o słowie reklama. To, czego często poszukuję, to benchmarki, które rozwijam, forwarduję do innych osób i czekam na akcept; wiadomo, im szybciej, tym lepiej, ponieważ wiele rzeczy robi się na ASAP.

Rzadko zdarza mi się chodzić na spotkania, za to bardzo często bywam na meetingach, na których, pobudzeni kawą rozwodnioną przez mleko, rozmawiamy o tworzeniu wielkich brandów, bo słowo „firma” nie przechodzi nam już przez gardło. Przeglądamy kejsy w poszukiwaniu informacji i odbieramy telefony od ekantów czekających na ważne dokumenty.

Język angielski z językiem polskim jest w stosunku płciowym w mojej pracy. To moje prywatne call to action, by chociaż próbować – naokoło, pod prąd – zastąpić wyraz obcy wyrazem polskim. Przez branżę czuję się często językowo wynarodowiony: jestem taki amerykański, nawet fejsa mam ustawionego w języku angielskim.

Potrafię sobie wytłumaczyć i tłumaczyć język pełen neologizmów. Mam jednak wrażenie, że zdarza nam się wprowadzać zagraniczne słówka na siłę, w szczególności tam, gdzie występują całkiem dobre polskie odpowiedniki. W końcu lepiej być na przykład product managerem niż przedstawicielem handlowym. Po angielsku brzmi się mądrzej.