Ja. Wszyscy oni. Wszystkie one. Rozbieramy siebie wzrokiem, stojąc w kolejce do kas. „Pyk, pyk, pyk” – odzywa się maszyna konsumująca kody kreskowe. Staram się dopasować biciem serca do tej melodii, jednak jest zbyt arytmiczna. Co gorsza, czasem produkt „nie wchodzi”. Zaburzenie w tym „pyk, pyk, pyk” specyficznym szumem przebiega przez kolejkę i widać to zwłaszcza po oczach, które są obracane białkami do góry, dając niemy krzyk mniej więcej tak wyglądającemu zdaniu – „Ile, kurwa, jeszcze!”. Jak w dominie – od początku do końca kolejki – bluzgamy oczami, wzrokową dezaprobatą plujemy wywracając białka. I robię to ja. Wszyscy oni. Wszystkie one.
Ja. Wszyscy oni. Wszystkie one. Rozbieramy siebie wzrokiem, stojąc w kolejce do kas. „Pyk, pyk, pyk” – Romans w centrum handlowym. Romans z dyskontu. No, bo co robić? Umilam sobie czas tym patrzeniem i pewnie gdybym miał w kieszeni kliker, to bym łapał te spojrzenia. Klikerem bym je rozliczał. Wszystko, byle tylko odczarować oczekiwanie na wyrok w postaci wysokości rachunku na coś, co będzie odrobinę przyjemniejsze. I myślę o tym, co napiszę w niedzielę wieczorem i wiem, że jeden z akapitów zacznę od zdania „od numeru jeden do numeru prawie czterdzieści”.
Od numeru jeden do numeru prawie czterdzieści. Ja. Wszyscy oni. Wszystkie one. W masie jesteśmy. Z nieba wyglądamy pewnie jak szara plama. Ekologiczne reklamówki – płatne 0,25 zł sztuka – wypchane mamy dobrobytem. I czasem zdarzy się coś, że z tej szarości chcemy wypłynąć, więc wkładamy sobie do kieszeni batony, licząc na to, że chociaż raz w życiu nie przejdziemy niezauważeni, że wszyscy oni i wszystkie one, przywołani piszczeniem alarmu w bramce, spoglądać będą tylko na nas. Halo, halo! To my! Gwiazdy supermarketu, gwiazdy z dyskontu, gwiazdy dużego osiedlowego sklepu, gwiazdy perfumerii na lotnisku, gwiazdy każdego pieprzonego sklepu wyposażonego w bramki. Machamy do Ciebie, bo w tej chwili, na tych paruset metrach kwadratowych jesteśmy, kurwa, najważniejsi. Jeden baton, jeden dezodorant – tysiące spojrzeń. Bawimy się Twoim zdziwieniem i pogardą, bo wiemy, że lepiej gnić tutaj niż w ziemi.