21:30 niedziela. Leżak. Taras. Ja. Zastanawiam się, o czym by tutaj napisać. Z tarasu. Do Ciebie. Żeby wiesz, było dobrze. Żeby było tak jak potrafię najlepiej. Żebyś odnalazł mnie w tym tekście, wypatrzył oczami pomiędzy sylabami. Macham do Ciebie. Ma-cham do Cie-bie.
Kawa ma romans z mlekiem
Za tekst zabierałem się od 16. Zbierałem się w sobie do zabierania. Ta niedziela miała być w założeniu dniem postu. Mojego. Dniem wpisu ostatecznego do wordpressowego CMS-a. To wieczorem wśród zapachu rozwieszonego na tarasie prania miałem naciskać przycisk „opublikuj”. Mam kawę na stoliku, taką z fusami, zalaną 2,5% mlekiem.
Chciałem Ci napisać, że pizza, którą jakieś dwadzieścia minut temu odgrzałem w mikrofalówce przypomniała mi o studiach, najlepszym okresie w moim życiu. Chciałem to napisać barwnie. Nie o życiu. O pizzy.
Spróbujmy.
W mikrofalówce wraz z pizzą odgrzałem wspomnienia, które niestety nie smakują tak samo. Pizzę się wtedy zdobywało. Za ciężko zarobione kilkadziesiąt groszy. Teraz po prostu pizzę kupuję. Pizza nie smakuje już zwycięstwem zdobytego posiłku. Jej smak został zdewaluowany przez sposób jej zdobycia. Jest po prostu zbyt łatwy. Już nie cieszy, że zjadłeś pizzę zamiast chleba z ketchupem.
Moment, w którym whiskey w szklance jest w ciąży z colą
Daleko mi dzisiaj do strumienia świadomości, może bóg mnie z góry ukarał za to, że codziennie policzkuję go spędzaniem kilku ostatnich lat w konkubinacie, że w łóżku nie tylko swoim sypiam i dla hecy odwracam krzyże do góry nogami, jeśli i taka nadarzy się okazja.
Ja policzkuję boga. Konkubina policzkuje artystów polskich, tych co chcą Nike dostać. Mówi: „nie, nie, ta książka nie może zdobyć nagrody, ona mnie w siebie nie wciągnęła, tak jak i Twój ostatni tekst zresztą”. Ja już się w sobie w tej chwili zamykam, eksploduję wewnątrz smutkiem – wzbieram się w sobie na odwagę, by hydrze łeb uciąć – robię to w myślach i już chcę myśli swoje w słowa dalej przekuć, ale wymawiam tylko ledwo słyszalne: „jak to?”.
„Był trochę na siłę, w Twoim stylu, ale jakby wymuszony”. Już zjadam się w sobie cały, nie czuję nic, bo mnie uczuć i receptorów konkubina pozbawia monologiem swym depczącym dorobek słów kilku ostatnich. Dygoczę.
Ona mówi „ale”
„Ale u Ciebie marne teksty to rzadkość”. I już tak jakby lepiej w sobie się czuję. Trochę nawet tak połechtany w sposób dla osoby piszącej wiadomy. Że te wystukiwane litery od prawie dwóch lat, z werbalnym dostojeństwem jej komplementu się spotkały, że wyszły z tych ust z których spijam szczęście i grozę. Choć dalej opłakuję tekst – bękarta, myśląc: „kocham Cię, kiedy ona nie patrzy”.
Boga nie ma. Bóg kobietą. Kobieta sądem ostatecznym.