tego wcale nie pojmuję
jednak jakoś próbuję
wchodzę – wychodzę
defloruje!
——————————————————————————————-
Pytałem jak głupi ścian – „gdzie jesteś?”
a Ciebie nie było!
Zapach? Nic już nie czuję!
Twoje znoszeniem zniszczone klapki kubota
przestały nosić świerzbiącą nos woń.
Ja się wciąż pytam ścian – gdzie jesteś?
I stoję…
W staniu tym, mimowolnie myśląc o Tobie dostaję erekcji.
Szlocham nad ciałem, które nie rozumie,
że już mnie nie dotkniesz,
nie pogłaskasz,
że nie zagłaskasz.
Uruchom raz jeszcze swój zwierzęcy mechanizm.
Uruchom raz jeszcze, proszę, już!
Wbij paznokcie w mój szpik kostny,
zagryź wargi zębami trzonowymi
i dopiero porzuć,
dopiero zdeptaj
spluń mną w piekło.
Albo nie…, nie odchodź….
I dalej pierdol mój naskórek subtelnie,
wbijaj się w skórę właściwą,
zdewastuj wszystkie tkanki,
zeskanuj mnie darmowym antywirusem,
klepnij w policzek batem
i daj się zjeść, daj się zwieźć w dół do nieba.
Tam na dole, w niebiańskim piekle,
śmiejąc się z motłochu, bezczeszcząc nasze ciała,
zapukamy od spodu dna,
ślepi, głusi, niemi – szczęśliwi.