I kołyszą się myśli dmuchane przez wiatr. A w tym kołysaniu jakiś spokój jest. Osiągnąłem spokój. Spokój upragniony. Spokój, który ostatnimi czasy udaje mi się wypracować tylko w weekend. Wypracowuję spokój. Praca nad spokojem. Niedorzecznie.
Jestem wizualnie uprzedzony do jesieni, która importuje za moim oknem szarość. Ludzie też jacyś tacy inni. Może to wzrost PKB sprawił, że wyglądają oni bardziej jak z katalogu, a nie jak ze starych zdjęć. Na starych zdjęciach była radość. Dzisiaj jest przeważnie wysoko podniesiona głowa.
Nigdzie się nie wybieram, bo utknąłem w korku. I nie jest to korek ludzkich problemów jak pięć miesięcy temu. Utknąłem w sobie. Słownik mówi mi, że ten stan mogę wyrazić na piętnaście różnych sposobów; i są tam takie słowa jak melancholia i zamglenie. Z kolei wyniki w Google uparcie twierdzą, że zaraz będę miał zawał. Proszę, zeskanuj mnie antywirusem, którego aktualnie używasz, bo data, moja data się zbliża. Moja narodzin data nadchodzi. Celebruję w sobie ostatnie warstwy bezpieczeństwa, które kilka razy przebiła pinezka rzeczywistości. A życie? Życie przecieka przez daty. Słownik nic o mnie nie wie. Google też. Skanujesz?
Przeciąga mi się grymas na twarzy. To bardzo nieuczciwe ze strony mojego ciała. Siedzę otoczony dymem kolejnego papierosa, nie panując nad mimiką tak dobrze znaną z porannego lustra. I pytam ściany: Co dalej? Ściana zbladła. Ściana milczy.
A ty? Tylko krzyczysz, szeptając….Wołasz. Wyjdź, nie zalegaj na wycieraczce! Wyjdź w końcu, bo spazmy tęsknoty nie pozwalają mi zasnąć! Tęsknię z Tobą i bez Ciebie. Wyjdźże wreszcie i uwolnij potwora ze swych kończących się lędźwi. Kończę. Uwalniam. Wychodzę. Przekazujemy sobie smak pokoju.
Cieszy mnie fakt, że na moment wyciszyłem rzeczywistość. Na moment. Na chwilę. Teraz wyciszę siebie. Data nadchodzi. Ja trwam. Na moment.