Miel mnie

Miel mnie

Przestrzeń wydziedziczona 28 listopada 2014

Lubię słuchać ludzi, a nie powiadomień w telefonie. Złe wiadomości nas dotyczące sprawiają, że w tej sztafecie po wieczne „coś” nie widzimy sensu. Jestem zmęczony. Upodabniam się do nowoczesnych telefonów, które wytrzymują niecały dzień na jednym ładowaniu.

Publikuję. Przedzieram się przez Edge Rank. Przez Twój strumień wiadomości jak łosoś. Jestem łososiem. ŁO-SO-SIEM. Skoro to czytasz, oznacza to, że w tym czytelniczym łańcuchu pokarmowym jesteś niedźwiedziem, który złapał treść – przepraszam, łososia – i mieli go teraz w pysku swojej świadomości. Miel mnie. MIEL MNIE. Jestem młody, zdolny, przystojny i wystarczająco zepsuty. Smakuję? Smacznego!

Chodzę sobie po chodnikach, jeżdżę autem, czasem komunikacją miejską, choć tę ograniczam, bo… gdy wracam późno do domu i, stojąc w korku obok autobusu, spoglądam z mojego auta na ludzi w tym autobusie stłoczonych, czuję się w tym momencie jak filantrop, co poprawia mi humor, nawet wtedy, kiedy praca mi mordę zmęczeniem obija. Nawiązując do poprzedniego akapitu, bo mi się myśl lekko rozedrgała, jestem jak ten łosoś – podróżuję, obserwuję, pływam sobie. Łosoś-filantrop w niemieckim samochodzie.

To całe pływanie, chodzenie i jeżdżenie to podróż służbowa, w interesach polskiej, szanownej blogosfery. Ja, to wiecie. Literki sobie układam w głowie, gdy na przykład – za przeproszeniem – sram psem na wrocławskim torze wyścigów konnych. Nie lękaj się. Sprzątam po nim. Niekiedy. Mam nawet takie czarne woreczki w serduszka – 9,90 zł za 150 sztuk – dobry zakup.

Zdarza się, że od czasu do czasu zasępię się nad tym psem srającym przetrawioną karmą firmy Acana i kurczakiem z ryżem i myślę sobie, że ja to taki grabarz psich ekskrementów jestem. Pełen serwis. Wiecie. Czarny worek. Martwa z psa wychodząca materia. Czasami, kiedy nikt nie słucha, podchodzę do śmietnika i żegnam worek wyszeptując cicho „Amen”. I zaprawdę, powiadam Ci. W tej całej swojej niewierze czuję się wtedy ogromnym grzesznikiem i lękam się przed sądem ostatecznym, że mi bóg kiedyś wygarnie te wszystkie psich kup pogrzeby i że nikt mi nie będzie życzył zdrowia w wigilię. Ale przecież sprzątałem po psie, boże!

Mój zad spoczywa na miękkiej wyściółce krzesła, piję herbatę Earl Gray w kubku, który jest ze mną od czasów, kiedy wyprowadziłem się z domu. Przemywała go woda paru województw, ale nigdy nie był zaangażowany politycznie. Głośniki dopracowane „z dbałością o każdy decybel” (tak zapewnia producent) zachwycają mnie dźwiękami płyty Horse & Power kapeli Pink Freud, a ja zastanawiam się, dlaczego nie poszedłem do brata Wojtka Mazolewskiego, żeby zrobić sobie na głowie niesamowity haricut. Coby mieć włos na baby. Jak dobrze wiadomo w okresach jesienno-zimowych myśli są bardziej erotyczne już około godziny szesnastej z racji szybko zapadających ciemności. Dobrze zaczesany włos pozwala Ci czasem zaoszczędzić tego jednego drinka.

Godzina 17. Myślę sobie, dziewczyno, naginasz rzeczywistość zadzierając krótką spódnicę, a ja czuję się jak Kopernik, który zaraz dokona przewrotu. Poruszam w Tobie słońce i ziemię. Jest mi już wszystko jedno, czy to ziemia stoi, czy słońce stoi. Ja stoję przed Tobą. Rzekłbym nawet, że podwójnie, ale nie powiem Ci tego, bo nie lubisz, kiedy antropomorfizuję części ciała. I w tym momencie tylko to jest istotne. No, może poza obiadem, który niebezpiecznie przypieka się w piekarniku. I dalej kuchnia, a w niej kubek zabrany z domu rodzinnego – ten, co go obmywała woda paru województw i nigdy nie był zaangażowany politycznie – ogląda spektakl o obrotach sfer niebieskich.

Trzeba się spieszyć. Obiad się pali.