Licząc obłoki na niebie, wyłapując pierwsze zwiastuny nadchodzącej lepszej pogody, omotany przez wieczorne lenistwo, odkryłem, dlaczego nie warto usilnie zmieniać siebie i dlaczego Jezus mógł się mylić.
Nie akceptujemy stanu naszego życia, zarobków, cellulitu, braku asertywności, swojego starego auta, braku modnych ciuchów, tego, że nie używamy oliwy z oliwek tylko taniego oleju, że nie mamy iPhone’a tylko zwykły telefon itd. Ilość rzeczy, które nienawidzimy w swoim życiu jest przeogromna.
Nie możemy kochać siebie, skoro nie godzimy się na położenie, w którym w danym momencie się znajdujemy. Poradniki w stylu „Jak być lepszym”, „ Wiara w siebie”, „Poznaj swoją moc”, „Pokochaj siebie, to łatwiejsze niż oddychanie” oraz psychiatrzy, terapeuci, coachowie – wszyscy próbują nam wmówić, jak bardzo jesteśmy wartościowi, piękni, mądrzy i cudowni. A my? Jesteśmy tych informacji spragnieni, potrzebujemy tego, bo poszukujemy naszej wartości, chcemy ją znać, chcemy żeby ktoś nam ją wyartykułował. Nikt nie chce czuć się niedowartościowany. To z kolei sprawia, że nie szanujemy innych. Dlaczego? Bo po prostu zazdrościmy – w skrajnych przypadkach życzymy nawet wypadku albo śmierci.
Dreptający przez Jerozolimę w swych znoszonych sandałach Jezus, odniósł się do omawianej kwestii, mówiąc „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Do cholery, jak? Przecież większość ludzi w ogóle siebie nie akceptuje (w sensie „nie miłuje samego siebie”)!
Masz ochotę obnosić się ze swoją radością? Rób to. Masz ochotę obgryźć emalię z zazdrości, bo sąsiad kupił nowe auto? Rób to. Masz prawo do szczęścia, zazdrości, złości, niepewności, bycia bezlitosnym, miłości i nienawiści, masz prawo do tysiąca innych emocji – to po prostu TY. Jezusowi raczej nikt nie porysował auta i nie zajumał sandałów.