Zdałem sobie ostatnio sprawę, że jedną z rzeczy, których faktycznie potrzebowałem, było wymoszczenie środowiska do tworzenia. Każdy przecież tworzy gdzieś. Ja też chciałem mieć swój kąt, oazę, bunkier do myśloodsiewni i schron do idei.
Był taki moment w moim życiu, że naczytawszy się książek (głównie biografii) usilnie przesiadywałem w zadymionych barach; we Wrocławskiej Literatce lub opolskim Dworku piłem piwo zmieszane z papierosowym dymem i dziwiło mnie, że dalej świat był tym samym światem, jaki widziałem, zanim usiadłem na fotelu przesiąkniętym zapachem niebieskich L&M-ów.
Może to była wina pubów? Przerzuciłem się więc na klubo-księgarnie i kawiarnie – te bardzo modne i te mniej znane, gdzie kawa smakuje lepiej. W głowie nadal nie pojawiało się nic, choć płaciłem abonament w wysokości jednej średniej latte. Albo fotel był zbyt niewygodny, albo nie miałem co zrobić z nogami, albo czułem się zbyt formalnie w ciuchach wyjściowych – przecież wiadomo, że w dresie tak jakoś luźniej.
To samo działo się w lesie – a jakże – siadałem na trawie, odczuwając wielki przypływ uwielbienia dla Matki Natury i tak w tej melancholii zastygły, zamiast tworzyć wielkie idee, rozmarzałem się tylko. Bliżej było mi do snu niż do jakiejkolwiek aktywności chemicznej w moim mózgu, mającej na celu pobudzenie neuronów.
I oto niedawno przeżywam odkrycie równe sile kilkunastu filiżanek espresso. Okazuje się, że to, co pozwala mi na wynalezienie, wysłowienie z siebie czegokolwiek to…. ludzie. Ja, który czas najchętniej spędzałbym otoczony jedynie powietrzem. Ha! Ja się muszę zatowarować człowiekiem, ja muszę jego całą naturę eksportować za granicę i przeszmuglować do swojej wyobraźni, nory, bunkru, umysłu kanciapy.
Niestety, znowu pojawiają się w tym wszystkim kobiety, które prawdopodobnie napędzają cały kosmos i samego boga, jeśli taki w ogóle istnieje. I ja to akceptuję. Co więcej, zgadzam się z takim twierdzeniem, ilekroć ktoś o tym wspomni. Rozmowy z kobietami, po których mam zakwasy na mięśniu sercowym, są moimi ulubionymi. Ja wtedy trajkoczę jak te ptaki w nocy, które w ciepłe dni zamknąć się nie chcą, więc trzeba zamykać okna i się pocić pod pierzem albo syntetykiem, by ich nie słyszeć.
Cieszę się jak małe dziecko, kiedy ktoś mi poda na tacy, tzn. na języku, sensację, która nie pochodzi z recyklingu mało znaczących rzeczy. A kiedy sensacja jest przemyśleniem, własną refleksją, własnym zdaniem świat nasz i rzeczywistość naszą opisującą, to już w ogóle czuję się jak w windzie jadącej z piekła do nieba z numerem siedem.
Wychodzi na to, że do aktu tworzenia czegokolwiek potrzebuję ludzi, od których co jakiś czas uciekam.