Odpalam Facebooka. W stosie informacji, linków oraz zdjęć odnajduję cechy wspólne: diety rządzą moją tablicą.
Pokaż mi pożądanie.
Pokaż mi złość.
Pokaż obojętne egzystencjalne znużenie.
Pokaż mi drapieżny intelektualizm.
Potem trafiam tu: fullbeautyproject.com
W wielkim dramacie naszej egzystencji, wszystko w koleżance a, koleżance c itd. da się sprowadzić do jakiejś telewizyjnej reklamy szamponu organicznego, wkładek higienicznych i ciuchów z H&M. Uroda daje władzę, tak samo jak pieniądze czy naładowana strzelba i stosunkowo łatwo jest ją kupić, ewentualnie przełknąć w tabletce lub kremie na odchudzanie.
Wszystko co grube i chude staje się brzydkie. Nie odbiegaj zbytnio od zdjęć z dwudziestej strony gazety typu Glamour. Uważaj, wypadniesz z obiegu.
Tłuszcz nie jest sexy. Bycie grubym to czasem choroba, czasem zaniedbanie. Zastanawiam się więc dlaczego możemy śmiać się z anorektyków czy z otyłych. Przerabiamy się poprzez appki typu iFace Fat, Fatify, FatBooth, Make me Fat or Skinny etc, które są dostępne na naszych telefonach, korzystamy z możliwości filtrów naszej kamerki internetowej. Dlaczego nie „przerabiamy się” na downów, chorych na progerię, poparzonych w pożarach itp. Nie mamy kurwa jaj, czy co?
Każdy ma swój gust, ale chyba zgodzicie się ze mną, że estetyka, piękno jest nam narzucane z góry. Gonimy za pięknem, za doskonaleniem się. Facebook jest przepełniony pornografią w stylu „zobacz jak jestem dobrze zbudowana”, dorzućmy do tego food-porn i powstaje burdel.
Nie myślałem, że dożyję czasów, w których będziemy sprzedawać nasze spalone kalorie publicznie.