Kolega. Szpital. Alkohol. - Paweł Bielecki

Kolega. Szpital. Alkohol.

Zapiski 29 lutego 2016

Na koniec weekendu widzę radość życia. Początek weekendu był tego przeciwieństwem.

W sobotę odwiedziłem kolegę, alkoholika. W szpitalu leży. Leży, bo nie pije i bez picia wstać za nic nie chce, więc leży. W łóżku przecież stać nie będzie. I ja mu mówię, że może by wstał, może by przeszedł się ze mną wzdłuż korytarza wykończonego linoleum. On nic, tylko leży i patrzy albo patrzy i leży – zależnie od punktu widzenia/leżenia. Chciałbym móc coś dla niego zrobić, dlatego pytam – potrzebujesz czegoś – on mówi, że fajek. Ja na to, że nie mam. On mówi, że szkoda i dalej leży, bo nie pije i bez picia wstać za nic nie chce, więc leży.

Odwaga spadła wraz promilami.

Doktor mówi – musi swoje odleżeć, że ssie go, że nim trzęsie, poza tym trudno jest znaleźć coś radosnego po kolejnym nieudanym zamachu na swoje życie. Tak myślę sobie, że alkoholik to taki wewnętrzny terrorysta w stosunku do samego siebie. Nie słucham dalej tego, co mówi doktor.

Wychodzę ze szpitala. Szpitale mnie przygnębiają. Ktoś z Was był kiedykolwiek na onkologii? Ja byłem i w momencie mojego właśnie wyjścia przysięgałem sobie, że od zaraz wszystkie używki na bok i tylko zdrowa dieta oraz ćwiczenia. A potem było jutro i już nie było wczoraj z całym bagażem postanowień. Widok chorych osób działa zdecydowanie lepiej niż elektroniczna bransoletka, która podpowiada Ci jak funkcjonować. Jeśli szukasz motywacji, to zamiast wydawać 500 zł, wystarczy pójść do szpitala. To jest darmowe. Promocja taka.

Po odwiedzinach kolegi alkoholika, który leży, bo nie pije i nadgarstki ma przecięte, a w żołądku pustkę po płukance stoję na szpitalnym dziedzińcu jak trumna na wystawie. I wracam do siebie jak donikąd.