Nie chcę brzmieć jak feminista, ale tworzenie swojego świata z kobietą niezależną jest o wiele lepsze niż prehistoryczny model ja pan domu i moja żona służebnica.
Jestem przeciwny postrzeganiu kobiet jako osób mniej kompetentnych, pozbawionych zainteresowań. Jestem przeciwny stereotypowi świata kobiety zbudowanego wokół gospodarstwa domowego, gdzie poza praniem i myciem garów jej istotnym obowiązkiem jest bycie workiem na dzieci.
Ubóstwiam zaradne kobiety, które potrafią poradzić sobie z każdą sytuacją, a kobiecość nie jest dla nich synonimem słabości. I nie chodzi mi tu o to, by manifestować to na lewo i prawo. Kobiety silne nie muszą tego robić – znają po prostu swoją wartość i nie muszą jej narzucać.
Sukces mojego związku polega na jego sile. Oboje jesteśmy w stanie zastąpić się w swoich obowiązkach, tworzyć wspólnie rzeczywistość według naszych upodobań, tak, by móc czuć się w niej komfortowo. Gramy w jednej drużynie, mając wspólny cel w postaci ogólnego zadowolenia. Nie szarżujemy w publicznym eksponowaniu szczęścia w postaci tkliwych fotek – kogo to obchodzi? I czemu miałoby w ogóle obchodzić? To nasze! I wiem, że kiedy wróciłbym do lśniącego mieszkania po całym dniu pracy, a na stole czekałby na mnie dwudaniowy obiad czułbym się nieswojo z myślą, że świat mojej kobiety ograniczony jest do pomieszczenia zwanego kuchnią.