Noc jest dzisiaj wilgotna i zimna. Według wskazań aplikacji na moim iPhonie w okolicach godziny ósmej rano powinien spaść deszcz. Z kolei około godziny siódmej (jak w zegarku) rozedrze się ten bachor mieszkający nade mną, którego matka – jak zwykle spóźniona – będzie biec pośpiesznie po klatce schodowej i obcasować mój sen swoim obcasem. Na wpół przytomny prawdopodobnie znowu będę sobie wyobrażał nienaturalnie wielkie szpilki przymocowane do czegoś, co można nazwać butem.
Pewnie przysnę na kolejne pół godziny, tylko po to, by po około czterdziestu minutach obudzić się znowu dzięki mojemu psu warczącemu na jego ulubionego „kolegę”. I po co ta baba chodzi zawsze koło mojego okna z tym bydlakiem? Po co?! Od poniedziałku do piątku, zawsze przed pracą, wyprowadza tego berneńskiego psa pasterskiego, którego mój pies najchętniej by unicestwił. Drażni mój byt ten ich pochód. – Dzień dobry, kurwa! Już wstaję. Czekam jeszcze tylko na kogoś, kto wejdzie do pokoju i powie mi „witamy w nowym tygodniu, Panie Pawle” – fanfary, odgłos zachwytu, brawa, wybuch sztucznych ogni, merdanie ogonami, poranne namioty, chlast w mordę promykiem słońca, chlast w mordę rzeczywistością, miłego dnia!
Nie, kurwa! Ja jeszcze nie wstaję, ja się muszę wykołdrzyć jeszcze, napoduszyć poduszkę, przycupnąć na przynajmniej godzinę i przygotować się na to nadejście swoje właściwe dla mojego zegara biologicznego. Nawet pies wie, że to jeszcze nie moja ani jego pora – w przeciwieństwie do sąsiadki oczywiście, która – mam nadzieję wróci do swojego domu inną drogą i nie spowoduje, że mi psem szczekać zacznie. I śpię. Do dziewiątej, bo to jakby godzina optymalna – zwłaszcza, że chodzę spać grubo po drugiej w nocy.
Mam ten komfort, że w efekcie daleko idącej umowy w posiadaniu psa przez dwójkę osób, to nie na mnie spływa obowiązek porannego spaceru. I dobrze. Rano nie kojarzę rzeczywistości i chyba rzeczywistość ma ten sam problem ze mną. Ja się mgliście widzę o poranku. Ja mgłą jestem po prostu. Rozmywam, rozlewam, przelewam się przez palce, czas i grawitację. Jestem prawdziwie i bezmyślnie. Jak zwierzę.
I to zwierzę zmywam z siebie co rano, nakładając na siebie człowieka właściwego naszym czasom. Cholernie przygnębiający jest dla mnie fakt, że odkryłem to dopiero teraz.
W nowoczesnym świecie mamy zakaz bycia starymi. To jest niedopuszczalne. Młodość, młodość, młodość aż po starość. I te durne stwierdzenia typu „wyśpię się po śmierci”, „na coś trzeba umrzeć”, kiedy pytamy kogoś, dlaczego np. pali papierosy. Jak ja tym gardzę. Już lepiej milczeć.
Myję zęby, myję twarz do twarzy specjalnym preparatem. Zdarza mi się, że natrę się również kremem, który „podnosi moją atrakcyjność”, ukrywa zmęczenie, nawilża – no, po prostu okłamuje świat, że się wyspałem, że miałem dobry sen, że tej baby z psem idącej pod oknem moim nie było i że nikt mnie nie obcasił po siódmej rano, przewalając się z trzeciego piętra do wyjścia. Wyklepuję zły poranek, wklepując w twarz specyfik. Po co? Nie od dziś wiadomo, że mężczyzna potrafi być naprawdę odważnym zwierzęciem, kiedy stawką jest cipka. Można śmiało stwierdzić, że mój (nasz?) poranny lifting to przygotowanie do polowania – dobrze dopasowana koszula, guma do włosów, pryśnięcie perfumami, które reklamuje znany aktor, a twórcy z całą pewnością nie lubią Eltona Johna – i można wyjść z domu. Jest się gotowym. Ego jest gotowe. Plus cała ta masa kobiecych gestów, spojrzeń, które można by łapać na kliker, jak Szyc Borys w reklamie takiej, co już jej nie puszczają. Widać wszystko działa. Jak w przyrodzie.
Dbamy o siebie, kupujemy drogie perfumy, spędzamy sporo czasu na siłowni lub jeżdżąc rowerem; młode dziewczyny w panice zdrapują z siebie wstyd cellulitu drapiącymi gąbkami; faceci zaczesują włosy tak, by nie było widać zakoli i łysiny, wciągają powietrze, by z „bety” przeistoczyć się w „alfę”. Robimy to i masę innych rzeczy z prostego, trywialnego powodu. By być atrakcyjnym. Dla atrakcyjności jesteśmy w stanie zrobić wiele. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, prędzej czy później liczą po prostu na ostre rżnięcie. I koło się zamyka. I choć to wydaje się głupie, czasem faktycznie myślę, że nasze życie sprowadza się do tych kilkuset orgazmów. Mimo absorbującej pracy i miliona zajęć, jakim możemy się oddać, natura wymaga od nas jedynie kilku prostych ruchów biodrami, by przedłużyć historię człowieka.