Jak stać się gwiazdą – przynajmniej na parę sekund - Paweł Bielecki

Jak stać się gwiazdą – przynajmniej na parę sekund

Zapiski 14 czerwca 2013

To bardzo proste i jest to do wykonania bez problemu w naszym kraju, poważnie. Wystarczy pójść do restauracji.

Teraz przykład, taka sytuacja.

Siedzę sobie w jednej z droższych restauracji we Wrocławiu. Jedzenie już zamówiłem, czekam, czekam i jakoś mi tak zimno trochę. Patrzę w górę siedzę pod klimatyzatorem. Wołam panią kelnerkę i z uśmiechem na twarzy mówię:

Tak sobie siedzę i wieje na mnie ten halny, pomyślałem, że zawołam Panią i spytam, czy jest jakieś inne wolne miejsce w lokalu z daleka od tej zamrażarki, ewentualnie czy istnieje możliwość lekkiego „przykręcenia” tego chłodu, ja w koszulce, chudzina, jeszcze się przeziębię.

Pani popatrzyła na mnie tak jakbym ją oblał gulaszem z kaczki, który był postawiony na sąsiednim stoliku. Co więcej, goście restauracji menadżerowie, biznesmeny i womeny również poczuli się przez moje zdanie dotknięci.

„GWIAZDORZY” – słowo jak grom pojawiło się na niektórych ustach. „W dupie mu się poprzewracało”.
Pani kelnerka z nerwowym uśmiechem powiedziała:

Niestety nie możemy zwiększyć temperatury w lokalu, również wszystkie stoliki są już zajęte, a te wolne, o tu (pokazuje palcem) są zarezerwowane na godzinę „tą i tą”.
Ale proszę Pani – mówię – proszę zobaczyć o, tutaj, gęsi mi skórę jak jasna cholera, a kobieta z którą przyszedłem jest już soplem lodu.
Pani kelnerka w myślach – „no pojebany jakiś chyba ten typ”.

W końcu dostałem stolik…obok. Ale dalej czułem się jak John Snow po drugiej stronie muru.

O co mi chodzi? W Polsce jakoś tak głupio się przyjęło, że jak idziemy do restauracji czy lepszego pubu to nic nam nie wolno. To znaczy wolno, ale przekraczając próg wybranego przez nas miejsca jakby o tym zapominamy. Mamy zająć miejsce, być kulturalnym, broń boże nie marudzić – bo jeszcze nam naplują na kotleta i nawet jeśli jedzenie będzie niezbyt udane wciskamy je na siłę, by się nażreć. To taki mentalny restauracyjny karny jeżyk.

Boimy się zwrócić na siebie uwagę, boimy się tego co nam się odpowie i boimy się opinii jaką sobie o nas wyrobią restauracyjni współtowarzysze. Tak być nie powinno.

Kiedy byłem w Nowym Jork miałem analogiczną sytuację: było mi chłodno, bo klima „dawała na full”, powiedziałem „trochę mi tu zimno” – z miejsca dostałem nowy stolik, prawie mnie tam zaniesiono; kiedy byłem w Nowej Zelandii, lekko przemoczony poszedłem do niedużego uroczego lokalu – nic nie mówiłem, nawet jeszcze nic nie zamówiłem, a rozpalono dla mnie, DLA MNIE, kominek, zostałem tam na dłużej, wysuszyłem mokre ciuchy, zjadłem pyszny obiad i jeszcze pogadałem z okolicznymi mieszkańcami o rzeczach ważnych i o pierdołach – do takich miejsc warto wracać, budzą dobre wspomnienia, szkoda, że w Polsce niestety takich nie mamy – albo mamy bardzo mało; kiedy w Los Angeles zamówiłem hamburgera i okazało się, że dostałem nie tego co chciałem, obsługa oczywiście przeprosiła – wszystko z uśmiechem, bez spiny, na luzie i dostałem wybrany przez siebie posiłek, zniżkę na „hambaka” i duży napój za free.

Przykładów mógłbym podać jeszcze sporo. W Polsce zawsze „walka o swoje” w restauracjach, hotelach etc. kojarzona jest źle. Gwiazdorzenie, żulenie, wożenie się, cwaniactwo – to najczęstsze epitety. Kulturalność i dobroć powinna odbijać się od nas nawzajem, częściej jednak działa przysłowie „Polak Polakowi chujem”. To siedzi w naszych głowach, depcze nas, przyczepione jest jak małpa do naszych pleców, to boleśnie napięta, wykluwająca się każdego kolejnego dnia agonia zawiści.