Zamknij oczy i wyobraź sobie, że siedzisz przy swoim komputerze 15 lat temu. Co widzisz? Duży monitor zajmujący pół biurka, nieestetycznie wyglądającą skrzynkę z plątaniną kabli, klawiaturę, mysz – wszystko ograniczone długością przewodu.
W tamtych czasach, by nagrać niskim kosztem jakiś, utwór trzeba było kombinować. Kupowało się sprzęt, mikrofony, statywy, które tylko zagracały te parę metrów kwadratowych twojego pokoju. Oczywiście, fajnie to wyglądało, a kiedy zapraszałeś kogoś do siebie, słyszałeś komplementy w stylu „stary, masz swoje własne studio, zajebiście, będziemy nagrywać, wygramy życie i świat” albo sam mówiłeś, zwłaszcza do nastolatek: „siemano, podoba Ci się moje studio bejbe? Wiesz, Planuję rzucić szkołę i zając się tym na poważnie”.
Dodatkowo odwiecznym problemem była jakość nagrania. Szumy, trzaski, nie do końca dopracowane oprogramowanie, które zawieszało się w najmniej odpowiednim momencie, więc cała praca niestety szła na marne. Czasem, by nagrać coś odpowiedniej jakości, zamykałem się w łazience z kamerą VHS, która „zbierała” głos lepiej niż te wszystkie low-endowe Shure’y i Sennheiser’y. Dogrywanie ścieżek również nie było łatwe. Programy przesuwały zazwyczaj o parę sekund do przodu nagrany materiał, co niesamowicie irytowało. Jednym słowem – „dramat”.
Robiło się to jednak bez mrugnięcia okiem, bo to była pasja, bo to było fajne, bo coś się tworzyło i można było słuchać i chwalić się swoimi wczesnymi dziełami. Podniecenie sięgało gwiazd, mimo że audytorium było niewielkie. Tamte lata pierwszych prób, pierwszych doświadczeń, pierwszych dźwięków, pierwszych rozgoryczeń spowodowanych ograniczeniami Twoich ówczesnych zdolności były jednak cudowne.
Nowe technologie sprawiają, że życie jest prostsze, jakby… lżejsze, mniej zatłoczone. Na biurku nie ma już stosu kabli, większość rzeczy działa bezprzewodowo. Stary sprzęt do nagrywania bezpiecznie zapakowany w pudełkach, czeka na to, aż sobie o nim przypomnę, gdy weźmie mnie na sentymenty.
Teraz, by szybko coś stworzyć, wystarczy niewielkie, cienkie i leciutkie narzędzie – jest nim iPad. Och, o ile moje życie byłoby łatwiejsze, gdybym miał takie cudo paręnaście lat temu. Tworzenie muzyki z dostępem do dzisiejszej technologii jest dla mnie niezwykle proste. Wystarczy rytm w głowie, a niewielkie urządzenie, przy współpracy z zewnętrznym wzmacniaczem i gitarą, zaoferuje Ci cały arsenał, byś jak najdokładniej przedstawił grającą w głowie melodię. Nie jestem muzykiem, ale cholernie uwielbiam bawić się dźwiękami.
O Ty, mój iPadzie! Kocham Cię, skończyłem już pisać, idę Cię muskać, dotykać, patrzeć na Ciebie.
A Was zapraszam do przesłuchania utworu „Sad”, który w ten weekend wyprodukowałem na narzędziu Design in California.
Zaglądnij sobie: soundcloud.com/pawelbielecki