Internet. Miejsce gdzie sprzedajemy swoją prywatność.

Internet. Miejsce gdzie sprzedajemy swoją prywatność.

Zapiski 4 września 2015

Nie ma już czegoś takiego jak „szara codzienność”, a przynajmniej staramy się tego sformułowania unikać. Szukamy okazji, by chociaż na chwilę uatrakcyjnić nasz dzień i zaspokoić pragnienie niezwykłości i niepowtarzalności.

Nasza codzienność ma znamiona teatru, w którym jesteśmy aktorami spektaklu, granego przez nas każdego dnia. W erze przedinternetowej tylko nieliczni mogli cieszyć się większą publiką. Dzisiaj jest to kwestia dobrze przemyślanego contentu, dobrego zarządzania treścią oraz sprzedawania prywatności, która stała się naszą walutą. I już. Mamy swój profil, mamy scenę, mamy widownię – dzień dobry, zaczynamy show, czas zbierać lajki.

Z każdym rokiem przesuwamy granicę tabu o te parę stopni dalej płacąc niewyobrażalnie wysoką cenę serwisom – takim jak Facebook, Twitter, Instagram, Snapchat, itd. I jeśli ktoś jeszcze myśli, że korzystanie z social media jest darmowe, to jest po prostu w błędzie.

Jestem towarem. Jesteś towarem. Jesteśmy towarami, które albo ktoś kupuje, albo nie, płaci nam uwagą, lajkiem, komentarzem i to jest nasze wynagrodzenie, która pcha nas do przodu i każe przekraczać kolejne granice.

Życie ma wielką wartość i to życie dobrowolnie i w większości przypadków bezmyślnie oddajemy na pożywkę marketerom, skomplikowanym systemom czy chmurom danych, które zbierają o nas informacje. Odkrywamy przed światem to, co powinno zostać ukryte, a kiedy słyszę „trzeba umieć się sprzedać”, robi mi się jakoś nieswojo, bo nie widzę na sobie metki i kodu kreskowego.

Internet to nasz drugi świat, wirtualna osobowość, to nasze drugie „ja”. To tu jesteśmy mądrzejsi, lepsi, bardziej interesujący, pociągający, szczęśliwsi i odnosimy znacznie więcej sukcesów niż porażek, a na każdym zdjęciu wyglądamy jak milion dolarów. Kto by tego nie kochał? Miejsca, gdzie jesteśmy bez wad, nie widać naszych kompleksów, a to co pokazujemy, to idealny urywek z naszego życia. Cholera! To niebo!

Ale gdzieś ten umiar przecież trzeba znaleźć. Czasem chorobliwe dbanie o własną prywatność dostarcza mi nie lada rozrywki, kiedy słyszę o sobie opinie, które weryfikowane są wyłącznie na podstawie mediów, w których się udzielam. Podejrzewam, że większość ludzi ma podobne odczucia. I nie jest to nic złego. Nie można poznać kogoś kompletnie. Jest to niemożliwe. Z kolei intymność traci swoje znacznie w momencie, kiedy mogą dowiedzieć się o niej wszyscy. Sekret nas w jakiś sposób określa, czy warto więc tego sekretu się wyzbywać?

Tweetuję, bloguję, piszę wtedy, kiedy faktycznie mam coś do powiedzenia. Znaczna część mojego dnia nie jest tak ekscytująca, jak dodane dwie godziny wcześniej zdjęcie na Instagramie. Oczywiście, robię te wszystkie rzeczy, ale nie robię ich ciągle. To ułamek mojego istnienia, najlepsze momenty, lista the best of, ekstrakt najcenniejszych myśli i to wszystko w świecie, gdzie sprawne udawanie mądrzejszego od siebie jest niezbędnym warunkiem powodzenia.