Już w momencie wyjechania poza granice Wrocławia rozebrałem się z Internetu, wyłączyłem z obiegu. Wiedziałem dokąd. Wiedziałem, gdzie jadę. Wiedziałem, kim będę, gdy dotrę na miejsce.
Jestem człowiekiem wolnym. Tu, w Bieszczadach. Jestem człowiekiem wolnym technologicznie. Decyfryzuję swoje życie i patrzę z pogardą na twarze pełne zatroskania wynikającego z marnego, znikomego zasięgu w telefonie. Bo nie działa Instagram, bo tweeta nie da się dodać, bo Facebook nie reaguje na komendy. „Jesteś tak bardzo w dupie”.
Hasło na WiFi: „Spierdalaj”.
Czuję się dumny z tego, że potrafię odrzucić świat Internetu i czerpać wielką radość z tzw. offline’u. Czuję się dumny, że tam, gdzie na wyciągnięcie ręki nie ma żadnej pomocnej app’ki, daję sobie wyśmienicie radę. Na życie nie ma aplikacji, a w górach, w schronisku bez gwiazdek, za to pod milionem prawdziwych gwiazd, można sprawdzić, kto potrafi korzystać z życia i cieszyć się z niego bez względu na to, czy w telefonie łapiemy 3G i czy jest ciepła woda pod prysznicem.
Rozumiem, że nie każdy może być mną. Nie każdy może być bielecki. Nie rozumiem jednak, dlaczego jesteśmy aż tak bardzo pochłonięci pasją obserwowania czyjegoś życia, dzieleniem się ze światem każdą pierdołą czy sprawdzaniem zasięgu naszych statusów. Coraz mniej jest rzeczy, które możemy przeżywać w samotności, bez konieczności internetowego obnażania z chwil, które powinny pozostać z nami. Przecież tylko my znamy ich prawdziwą wartość i moc.
Wróciłem.
Do cyrku.
Do nieistotnych zdjęć, nieistotnych słów, nieistotnych mechanizmów mówiących mi, że ktoś „zalajczył”, że ktoś „zafollołował”, że ktoś dał „suba”. Włączam się na nowo, bo niedługo stanę się jedną z tych pogrążonych w światłowodzie bzdur osób, dla których Internet stanowi większą i ważną część życia.
Póki mogę pielęgnuję umysłowe odleżyny spowodowane swoim kompletnym wyłączeniem. Karta pacjenta świeci pustkami, bo nie ma lekarstwa na życie.