Dzień po.

Dzień po.

Zapiski 3 stycznia 2016

1 stycznia 2016 roku, piątek, godzina 22:55, Partynice, Wrocław. -3 stopnie Celsjusza, wokoło biało od śniegu. W mieszkaniu włączone ogrzewanie. Nawet teraz słyszę, jak gdzieś ta woda w kaloryferze przepływa, jak się mechanizm napompowuje ciepłem.

Widzę z okna pasażerów wczorajszej Sylwestrowej nocy. Niektórzy dopiero wracają do swoich domów. Nadszarpane białe koszule, przekrwione oczy, pogniecione grube płaszcze i makijaż, który już dawno przestał współpracować z ciałem. Jeszcze w szampańskich nastrojach i z silnym postanowieniem zmian pasażerowie wczorajszej nocy wspinają się po schodach do swoich domów i mieszkań.

Mamy nowy rok, a to do czegoś zobowiązuje. Wiara w postanowienia od zawsze była dość zabawna i jeśli sam proces zmian na sobie testowałem, zazwyczaj wszelkie postanowienia znikały wraz z ostatnim promilem ostatniej nocy. I tyle było z mojego ambitnego planu na najbliższe dwanaście miesięcy.

Już od rana, kiedy śnieg zaczynał dopiero padać w stolicy Dolnego Śląska, odkrywałem z psem pozostałości tego jakże hucznego – dosłownie – dnia. To jedyny dzień w roku, w którym na parkingach, chodnikach więcej od nieposprzątanego psiego gówna rozbitych butelek oraz pudełek po fajerwerkach. I nie jest mi w smak chodzić jak po wysypisku, a muszę, bo pies musi.

Trochę jesteśmy niedospani, ale tylko pies idzie na czterech łapach. Cholernie tylko spać się chce, bo rano, bo zimno, bo coś zjadłbym właściwie. Wczoraj lokatorzy z bloku naprzeciwko zafundowali lokatorom prawdziwy Sunrise Festival i nie wiem, czy to oni mnie irytowali, czy muzyka, którą katowali pół budynku.

50-letni ochroniarz na moim osiedlu, również niezwykle zaaferowany – być może zmianą daty, być może nocą nieprzespaną, albo tym, że rząd mamy taki, a nie inny – zapomina, by otworzyć do osiedla szlaban. I tak stoją w rządku, poukładani we wspólnym wkurwieniu kierowanym wprost do ochroniarza. Solidarność nie umarła!

Po południu spotykam parę mieszkającą dwie klatki obok. On – samiec typu alfa z platynową kartą MultiSport w portfelu. Ona – atrakcyjna brunetka, długie nogi, ciemne jeansy podkreślające seksowną talię, obcisłe białe futro, pełne usta, świetna figura (taka, że oglądniesz się na ulicy), ciemne, idealnie przytrymowane brwi, wielkie brązowe oczy. Jedno podbite. Krwiak ciemniejący pod warstwą pudru jest obrzydliwy. Jest nie do zniesienia. Śmieją się do siebie. Mijam ich, by przez następnych pięć minut zastanawiać się, czy to pięść się pod to oko celowo wkręciła, czy zdarzył się wypadek faktyczny, niespodziewany i nieunikniony. Sylwestrowy, rzekłbym.

Obok dnia rozpoczynającego nowy rok nie da się przejść obojętnie. Każdy jest w uprzywilejowanej pozycji przynajmniej jedną dobę. Sylwester, Xanax dla tych, którzy przez jedną noc w roku żyją zakrapianym szczęściem i obietnicą kolejnego, oczywiście lepszego roku. Szczęście z datą ważności do następnego załamania, kolejnych łez na policzku i kolejnej tragedii. Ale kto wie? Może za rok będzie lepiej.