Byłem wspin-doktorem czyli dlaczego warto jechać w Bieszczady

Byłem wspin-doktorem

Zapiski 7 sierpnia 2013

Początek sierpnia spędziłem w całkowitym oderwaniu od Internetu  i było mi z tym zajebiście dobrze. Jak co roku wybrałem się w Bieszczady, konkretnie do Wetliny, gdzie wspinałem się po szlakach, bawiłem się, piłem, paliłem, polowałem na utopce i bofungi, prowadziłem cudne dialogi ze spotkanymi ludźmi i przede wszystkim cieszyłem się życiem, nie martwiąc się kompletnie o nic.

Wetlinoza – choroba przenoszona przez wiatr na połoninach

Komputer, iPad, telefon – patrzę na nie jak na wytwory zła. Czekam, aż wejdę w pełni w swoją pracę i znów stanę się kompatybilny z zestawem słuchawkowym, kształtem myszki oraz przyzwyczaję palce do klawiatury. Jeden krótki wyjazd, jak co roku pozwala totalnie odlecieć od rzeczywistości, od wszystkiego co ma dla mnie znaczenie. Tam w Wetlinie, na nowo tworzysz siebie, na nowo nadajesz znaczenia – „wciskasz restart” i dajesz toczyć się życiu, jak chce.

Byłem wspin-doktorem

Nie wiem, nie mam pojęcia dlaczego wchodzę na szlak, to męczy, pot leje się strumieniami zwłaszcza kiedy jest 35 stopni. Wiem jednak, że nic nie równa jest chill-outowi na wysokościach. Dobry kompan (Berju ukłony), prowiant, przewyborny tytoń i cisza. Po prostu leżę, nie myślę o niczym, patrzę tępo w chmury nieograniczony czasem i terminami. Warto zauważyć, że zielony szlak pozwala profesjonalnym wspin-doktorom takim jak ja i Berju przemierzyć go na boso.

Wetlina to stan umysłu. Czyli dlaczego warto pojechać w Bieszczady.

Jeśli kiedykolwiek zamierzacie się wybrać w tamte rejony od razu radzę ominąć Solinę i Polańczyk, no chyba, że jedziecie z ekipą wyposażoną w zapas wódki, muzykę disco-polo lub inne hip-hopolo, a jedyne obuwie dziewek siedzących na tylnych siedzeniach to szpilki i balerinki – takie osoby niech zostaną sobie na tamie, Wetlina ich nie chce. Mijamy więc Polańczyk i jedziemy przez Cisnę, okej, można wstąpić na jedno piwko do Siekierezady – zacna knajpa. Ruszamy dalej. To już niedaleko. 30 km i jesteśmy na miejscu.

Co nas wita? Całkowicie inny klimat niż w Solinie, TU ZACZYNAJĄ SIĘ BIESZCZADY, ludzie (jeśli w ogóle będą) są inni, bardziej otwarci. Do Wetliny przyjeżdża ich mniej, ale jakościowo odpowiadają oni dziesięciu „zwykłym” osobom. Można zatrzymać się w schronisku PTTK (tam zatrzymuję się najczęściej), można w paru innych miejscach. Ceny od 15 do 30zł za noc. Jedzenie również nie jest drogie. Z Wetliny możemy uderzyć na Smerek, Małą i Dużą Rawkę przy okazji zahaczając o Kremenaros. Warto wybrać się na Połoninę Wetlińską oraz Połoninę Caryńską, z której można zejść w Ustrzykach.

Obie połoniny oferują cuuudowne widoki. Czasem do szlaku trzeba dojść piechotą parę kilometrów, nie martw się, na pewno ktoś weźmie Cię na stopa. Życie nocne? Polecam Bazę Ludzi z Mgły – prawdziwa górska knajpa, w której spędziłem niejedną noc, ba, zdarzyło mi się nawet z moimi braćmi z gór przybić parę gwoździ. A więc jedź, jeśli chcesz zapomnieć o tym co robisz na co dzień, jedź, jeśli chcesz naprawdę odpocząć, jedź, jeśli chcesz poznać nowych wspaniałych ludzi, jedź, jeśli kochasz życie, a potem płacz, że to koniec, że już wracasz.

#kmwtw

Z dziennika Wiedźmina Pawka. Bofung

Pewnego dnia na szlaku mnie olśniło. Mój wiedźmiński amulet zaczął wariować. Coś było nie tak. Pierwszy raz widziałem bowiem Bofunga. Istotę przybyłą do nas na wskutek koniunkcji sfer. Kiedy widzicie położone trawy, albo zboże, tak powiedzmy 15 na 15 metrów, jest duże prawdopodobieństwo, że był tam właśnie Bofung. Bofung ma nogi jelenia, porusza się na dwóch odnóżach, ma długą metrową szyję podobną do Anakondy. Pod jego uszami znajdują się specjalne lejki. W momencie kiedy Bofung tarza się w trawach  ze wspomnianych lejków wysypują się kleszcze, które potem atakują zwierzęta i ludzi. Ugryzienie takiego kleszcza powoduje często boreliozę, która nieleczona zmienia człowieka w Bofunga.

PS Jeśli chcesz posłuchać jak brzmi Misty Mountains na szlaku oraz popodziwiać widoki z Połoniny Caryńskiej klikaj w wideo – koniecznie włącz sobie HD :)