Dłużej już nie wytrzymam

Dłużej już nie wytrzymam

Zapiski 7 października 2013

Od około dwóch i pół tygodnia jestem bez auta i powoli zaczynam odczuwać jego brak. Mógłbym wypisać codziennie pełno tweetów dotyczących braku auta z hashtagiem #jakzyc oraz #jestmizle – jeszcze się powstrzymuję, ale nie wiem ile wytrzymam.

Pierwszy tydzień nie był taki zły. Wszędzie jeździłem rowerem muskany przez „świeże” powietrze na ścieżce rowerowej przy pasie szybkiego ruchu. Z pogardą patrzyłem na te twarze zamknięte w metalowych puszkach o czterech kołach. Tutaj jest życie krzyczałem! Na rowerze! Mimo, że jest 7 stopni i jest mi dość chłodno, a Wy siedzicie w swoim suvie lub innym kompakcie, nie czując nic, nie czując, że żyjecie naprawdę. To ja staję do walki życia, a Wy tchórze chowacie się w tym kawałku metalu odizolowani od świata i nie obchodzi mnie, że wracam z Tesco objuczony jak wielbłąd zakupami. To dowód na to, że dbam o swoją tężyznę fizyczną miast wypełniać te decymetry sześcienne, tak czule zachęcające do położenia torby z zakupami na miękkim dywaniku bagażnika.

Krzyczałem tak, prze tydzień, do czasu kiedy musiałem wybrać się dalej niż po jedzenie. Dramat zaczął się szybko. Już kupując bilet w automacie miałem zimne ręce. Kiedy zatrzasnęły się drzwi autobusu przeszedł mnie dreszcz. Tak jechałem jak szczur z innymi szczurami przemykając z punktu A do punktu B, potem z punktu B do C. Jeszcze nie ma zimy, a wrocławskie MPK już ogrzewa przestrzeń od pomostu przedniego do tylnego, a to oznacza jedno. Pot, smród, krew i łzy. Jeśli podróż jest dłuższa niż 30 minut w pewnym momencie zaczynają dobierać się do Ciebie zapachy innych osób gwałcąc nozdrza wątpliwą świeżością ludzkiego mięsa. I tak jedziesz czując cały stres narodu uzewnętrzniający się po całym dniu pracy. Po ośmiu godzinach pory ewidentnie puszczają, ciało się poddaje tworząc autobusową bombę chemiczną.

Podróżowanie autobusem to nie samo zło!

Czasem uda mi się trafić na przestrzeń w autobusie. Wtedy rozsiadam się wygodnie i czytam, ewentualnie pracuję. Jeżdżę sporo, więc czasu mam wystarczająco. Po co go marnować? W autobusie potrafię zrobić naprawdę dużo rzeczy. Skupiony jak nigdzie indziej na wykonywanej czynności oddaję się jej bezpowrotnie aż do końcowego przystanku. I jest to praca nad wyraz efektywna. Jeśli miałbym szukać jakiegokolwiek plusa w podróżowaniu komunikacją miejską, ten, byłby najważniejszy.

Ale….kogo ja chcę okłamać…

Mój najbliższy cel? W niedługim czasie, mam nadzieję, że do listopada, chcę znaleźć się z powrotem na drodze w swoim nowym samochodzie, który rozpędzi mnie do prędkości 230km/h. Noszę w sobie niechęć do komunikacji miejskiej, do tracenia niezliczonej ilości cennych minut każdego dnia. Jak już raz miałeś auto, tak od auta zaczynasz się uzależniać i uzależnienie to jest gorsze od nałogu tytoniowego, a jeśli dodatkowo lubisz szybkość i jazda sprawia Ci niesamowicie dużo frajdy – cóż, nie ma dla Ciebie ratunku.

Za mną jest kilka lat doświadczenia oraz kilka miesięcy urazu kiedy to miałem auto idealne do miasta, ale nieidealne na autostrady i drogi szybkiego ruchu. Uraz „kiedy zawsze wyprzedały mnie lepsze samochody. Parę miesięcy tłumaczenia sobie, że to nie ma żadnego znaczenia i że jestem zupełnie szczęśliwy w samochodzie, jaki mam: skromnym, ubogim, sympatycznym i kompletnie bezawaryjnym. Parę miesięcy udawania, że mi na tym nie zależy, że mnie nie obchodzi, że jestem ponad to i obok tego. Za kilka tygodni chcę się pozbyć tego kompleksu”*, a do MPK wsiąść tylko wtedy, kiedy będę miał ku temu naprawdę porządny argument.

– * sparafrazowałem fragment dziennika Mrożka
– foto: 1