Kiedyś ulegałem iluzji, przechodził przez to chyba każdy z nas. Byłem kimś, kim nie byłem, zachowywałem się jak nie ja – to była autentyczna projekcja, nieautentycznego mnie. Chciałem być jak gwiazdy rocka, jak Richards, Jagger, Page czy Iggy Pop. Parę lat temu zdałem sobie sprawę, jak wielkiemu ulegałem złudzeniu. Co byłoby gdybym dysponował w tamtym momencie czymś takim jak social media? Strach pomyśleć.
Tak mamy, że ulegamy iluzjom, projekcjom swojego wyimaginowanego „ja”, które podpowiada nam jacy chcemy być, jak chcemy żeby widzieli nas inni. Wówczas nie żyjemy, a hodujemy się, pasiemy na łąkach zakłamania, a życie zmienia się w sztukę hodowli samego siebie. W najgorszych przypadkach już nie wystarczy okłamywać innych, trzeba jeszcze okłamać siebie, a potem w to uwierzyć.
Chcesz być artystą, ekspertem w jakiejś dziedzinie? Teraz jest to łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Możesz się stworzyć, nagiąć rzeczywistość, wykasować swoje wady klawiszem „backspace” i zacząć wszystko od nowa w świecie podłączonym do kabla.
Miedia społecznościowe nauczyły nas tworzyć historie o sobie samych i w pewnym momencie przestaliśmy istnieć dla siebie, a zaczęliśmy dla innych.
Każdy z nas jest pisarzem, każdy z nas jest twórcą.
Codziennie tworzymy historie, opowiadamy samych siebie. Rzeczywistość niejednokrotnie jest okrutna, a stare przysłowie „gwiazda w necie, pizda w świecie” bywa często bardzo trafne. Internet bowiem dodał pewności siebie niepewnym.
Żeby nie zrozumiano tego tekstu źle. To bardzo dobrze, że dbamy o swój brand, że dbamy o swoją markę. Czasem jednak przekraczamy pewną granicę, którą bardzo łatwo można wyczuć w „realnym” świecie. Ja internetowe nie musi być tożsame z naszym ja realnym, to prawda, ale fajnie byłoby gdyby czasem trochę tego błysku ze świata online przedostało się do offline’u, który jest szary, bury i nudny w porównaniu do kolorowego Internetu w którym łatwiej jest błyszczeć.