Back to the Childhood

Back to the Childhood

Zapiski 1 czerwca 2013

Kiedy byłem młodszy (7-12 lat) w weekend zazwyczaj  budziłem się około godziny dziewiątej.  Nim jednak wstawałem z łóżka, włączałem swojego boomboxa marki Sony model CFD coś tam, którego dostałem pod choinkę. Odpalałem płytę CD i ustawiałem głośność zazwyczaj na połowę mocy. Cały czas leżąc w łóżku, śpiewałem skrupulatnie wybrane przeze mnie piosenki East 17, Rednex, Pet Shop Boys, U2, Depeche Mode, Elvisa Presleya, New Kids on the Block oraz Backstreet Boys – w przypadku tego ostatniego zespołu, wybierałem te utwory, w których najwięcej śpiewał A.J. – to na niego się w tym czasie stylizowałem, tak jak mój idol muzyczny miałem naprawdę sporo par okularów, które zostały mi do dzisiaj.

Śpiewanie trwało mniej więcej do godziny 11. Czasami jednak było przerywane przez wchodzącą do pokoju mamę, proszącą bym ściszył muzykę. Oczywiście spotykało się to z moją wielką dezaprobatą – bardzo nie lubiłem kiedy ktoś przerywał, kiedy śpiewałem. To był jakiś rodzaj transu. Byłem wtedy bardzo skupiony na dobieraniu każdego słowa, by brzmiało ono jak najbardziej angielsko, starałem się dopatrzeć również sensu śpiewanego tekstu. Często też wspomagałem się książeczkami dołączonymi do płyty i zawartymi w nich tekstami. Jeśli nie było w nich tekstu spędzałem czas na zapisie fonetycznym śpiewanych utworów, by łatwiej było nauczyć się ich na pamięć.

POPOŁUDNIE

Około godziny 11 jadłem śniadanie. Następnie szedłem do dużego pokoju obejrzeć coś w telewizji. Najczęściej wybierałem Discovery Channel lub Planete, ale tylko wtedy kiedy puszczali programy związane z kosmosem, końcem świata lub UFO – te tematy bardzo mnie wtedy interesowały.

Jeszcze była lista „30 ton” oraz muzyczne programy takie jak VIVA, VIVA Zwei, MTV oraz Onyx. Pamiętam, że zawsze kiedy włączałem któryś z tych muzycznych programów, miałem przygotowaną kasetę video 180 albo 240 Panasonica lub Kodaka, oraz przyszykowany pilot od magnetowidu gotowy do wciśnięcia przycisku „REC”. Uwierzcie mi, to było dość stresujące, kiedy kończył się jakiś teledysk i nie wiedziałeś czy za chwilę nie puszczą Twojego ulubionego zespołu. Wciskało się więc przycisk nagrywania zawsze pod koniec każdego teledysku. Kiedy okazywało się, że następny utwór jest mało interesujący, cofało się kasetę w trakcie jego trwania i znów powtarzało ten sam proces. Jakie to było szczęście, kiedy nagrało się cały teledysk od początku do końca.

Z tego co pamiętam, zawsze wkurwiało mnie w niemieckiej stacji VIVA to, że ucinali końcówki teledysków – nie mogłem tego zdzierżyć.

Tak mijał mi czas do obiadu, po którym zazwyczaj szedłem na rower z kolegami. Nie przepadałem za wychodzeniem na podwórko. Oczywiście ganiałem z plastikowymi pistoletami i bawiłem się w „mleko”, ale rower to było to, co kochałem. Dwa kółka dawały mi wolność. Nie przywiązywały mnie do obszaru podwórka. Mogłem wyrwać się ze stałej miejscówki, którą codziennie widziałem z balkonu, jeździć po najbliższej okolicy, robić ślizgi, próbować jazdy na jednym kole, raptownie hamować i ruszać z kopyta na żwirze, och!

PÓŹNE POPOŁUDNIE

Po powrocie do domu z reguły zamykałem się w swoim pokoju i wyciągałem zestaw dinozaurów. Miałem ich ponad 30. W tym świecący w ciemnościach szkielet z dwutygodnika „Dinozaury”. Ulubionym motywem zabawy była walka Tyranozaura z Triceratopsem, który łatwo się nie dawał i przebijał rogiem nogę T-Rexa. Mój T-Rex miał również rodzinę i syna. Cały mój Park Jurajski zawodził nad losem Tyranozaura. W międzyczasie Velociraptory polowały na Stegozaura, którego zazwyczaj zabijały. Kiedy już T-Rex dochodził do siebie, cała rodzina, niczym prehistoryczna mafia brała odwet na całej rodzinie tricerapotopsów. Potem jeszcze było polowanie na Zauropody. Najczęściej zabijane były zawsze Diplodoki, oszczędzany przeważnie był Brahiozaur – może dlatego, że miałem bardzo dobrą figurkę tego dinozaura.

Jeśli nie bawiłem się dinozaurami wyciągałem moje klocki LEGO i bawiłem się w… miasto. Miałem straż pożarną, gazownie, śmieciarki, policję, karetki, statki, małe lotnisko, rynek miasta, złodziei i cywili. LEGO miałem sporo. Najmilej wspominam policyjną ciężarówkę, policyjny wóz patrolowy (wydawał dźwięki syreny – szpan), łódź podwodną, Robo Guardiana oraz wielki statek kosmiczny z serii Explorien – uwielbiałem go.

A ten koleś poniżej to był największy kozak w „moim” mieście. Łapał każdego złodzieja, nawet jak dostał dwie kulki, to udawało mu się dopaść każdego. Na co dzień jeździł policyjną ciężarówką.

kozak-lego-z-ciezarowki

Były jeszcze resoraki. Te z Matchboxa były najlepsze i fajnie pachniały. Zawsze obchodziłem się z nimi delikatnie – w ogóle dbałem o rzeczy, do tej pory tak mam – i szlag jasny mnie trafiał, kiedy uszkodziłem lakier. No i były jeszcze modele samolotów. Awiacja była  po dinozaurach moją drugą miłością.

Pierwsze modele samolotów sklejał mi ojciec, potem robiłem już to sam. Na początku chciałem skompletować cały aeroklub. Tak się złożyło, że akurat w tym czasie wypuszczane były serie z najpopularniejszymi modelami szybowców. Udało mi się uzbierać je prawie wszystkie. Moim ulubionym szybowcem był model SZD-9 Bocian. Z większych samolotów uwielbiałem mistrzowsko sklejoną przez mojego ojca DC-9 Dakotę, której staruszek zrobił kręcące się kółka oraz śmigła.

WIECZÓR

Tak mijał mi czas do wieczora. Oczywiście kazano mi się również uczyć, co „niby” robiłem. Rozkładałem większość podręczników i ćwiczeń na biurku, ale tak naprawdę oglądałem katalogi LEGO, katalogi samochodowe, popularny wtedy Popcorn, Kaczora Donalda oraz Magic Basket do którego dołączane były karty z zawodnikami NBA.

Nienawidziłem się uczyć. Wolałem żyć w swoim wyimaginowanym świecie, udawać jednego z członków Backstreet Boys lub East 17, symulować świat dinozaurów, zarządzać „swoim” miastem, bawić się swoim aeroklubem i „wyciągać” modelem PZL 104 Wilgi, najlepsze polskie szybowce.

Miałem świetne dzieciństwo, niczego mi nie brakowało. Rodzice gonili mnie do nauki, ale bardziej rozwijali we mnie moje pasje, którym oddawałem się w 150%, przez co absorbowały one większość mojego czasu. Pisząc ten tekst zadałem sobie pytanie: „co bym chciał, żeby wróciło z tego okresu?”. Nie są to zabawki – wszystko co udało mi się uzbierać, wszystkie prezenty, nawet modele samolotów mam szczelnie zapakowane w kartonach, do zabawek więc mogę w każdej chwili zajrzeć. Tym, co chciałbym zabrać z tamtego okresu jest wyobraźnia, jaką wtedy miałem.

Ja tą wyobraźnią żyłem, pompowałem w nią wszystkie szare komórki i w jakimś sensie to ona mnie ukształtowała.

Należałem do ostatniego pokolenia dzieci z końcówki lat osiemdziesiątych. Dzieci, które nie miały tej całej digitalności dookoła siebie, które musiały same sobie wytwarzać zabawy i często zabawki – patyk przemienić się mógł w UZI, a duży drąg w bazukę. To były zajebiście piękne czasy.

UPDATE

Bonus do wpisu w postaci zdjęć z dzieciństwa. Dziewczyny możecie rzucać stanikami o monitory.

pawelbielecki-(2) pawelbielecki