Zgięty w pół do czwartej

Zgięty w pół do czwartej

Przestrzeń wydziedziczona 14 stycznia 2015

Leżę zgięty w pół do czwartej. Właściwie przygnieciony. Krótką notatką tu, w tym miejscu, na tym serwerze, pod tą domeną. No bo jak nie napisać, kiedy napisać trzeba. Cokolwiek. Dla zasady, dla podtrzymania systematyczności. Wystukuję sobie w głowie, co wstukam w blog.

O wpisie! O blogu! Nie lubię, kiedy stawiasz opór mimo wcześniejszych prób wodzących jedynie na pokuszenie. Jestem całym sobą zgodny, by pokusie się jednak oddać i oddaję się na tacy z jabłkiem w mordzie. I nic. Nie ma tajemnic. Byliśmy w tym miejscu już parę razy i zawsze było podobnie. Gra nasza wstępna polega na certoleniu.

Certolimy się!
Chodź się certolić!
Pocertolisz się ze mną?

I nic. Idę spać. Nie myślę. Śpię od wpół do czwartej zgięty przez pięć godzin.

Piję zieloną herbatę Althaus – delektuję się moją poranną małą radością, jak zalecił w jednym z ostatnich odcinków pierwszego sezonu Twin Peaks agent Cooper. Znowu mi coś w głowie chodzi, brzęczy, buczy i mieli – odnoszę wrażenie posiadania w głowie co najmniej dwóch skąposzczetów. Coś zapisuję, ale jest to co najwyżej kałuża literackiej rozpaczy.

Jadę do centrum, licząc na to, że w kilku kawiarniach zainspiruję się oczojebną opalenizną i oparami drogich i tanich kobiecych perfum. W kawiarni zawsze znajduję coś z każdego segmentu rynku – od nastolatki po dojrzałego MILF-a.

Za wypowiedziany tekst o najpiękniejszych piersiach, jakie zobaczyłem w tym tygodniu, kierowany do kelnerki o imieniu Marta, dostaję zniżkę na kawę ze Starbucksa. Władza, to coś czego nie mam w tej chwili nad myślami, więc czerwony na twarzy od śliny, która na język przynosi mi wyłącznie rubaszność, siadam w kącie i słucham, jak pod kołami tramwaju marki Skoda jęczą szyny.

Zakop trupa, nim strupieje,
ogrzej ciało, nim zziębnieje,
zęby zawsze przetrwają najdłużej.

Używając kciuka, odblokowuję swój telefon zaprojektowany w Kalifornii i wpisuję w notatnik to wątpliwej jakości haiku. Biorę łyk za łykiem kawy latte, medium size, posłodzonej trzema porcjami cukru trzcinowego i jakoś nie czuję tego fair trade w tym kubku. Udo lewe, udo prawe, rozchylone na kowadle wieku dwudziestoletniego, siedzi przede mną z metrów 10 dalej. Właściwie uda siedzą w liczbie mnogiej i mi w głowie grają swoją sprężystością i dziewictwem młodym jak poranek. I w tej młodości wypatruję czegoś, co może mi dać więcej niż cztery litery w różnej konfiguracji.

Zostało mi czternaście łyków do końca. Szybko nawiązuję znajomości, dlatego wychodzę, nim przerodzą się w coś więcej niż „friend request” na Facebooku. Oddycham. Znikam na pięć godzin w obowiązkach. W ustach smak kawy, w głowie podwiązki, ramiona, uda i tyłki, na zewnątrz w pełni profesjonalny anturaż – „znam się na swojej robocie i jestem w tym dobry”. Jem lunch, bo w pracy już się nie je obiadów i myślę o tym, że w słowie startup zawarty jest pewien styl życia, zaczynający się od słowa brunch.

Toczę się do domu na oponach Dunlop Streetresponse, zajeżdżam do piekarza, który wiedzę o chlebie przyniósł z ziemi włoskiej do Polski. Kupuję więc chleb włoski w Polsce zrobiony, wbijając się tym samym w trendy świadomego żywienia oraz wspierania lokalnych biznesów. Myślę – napiszę o tym, ale nic więcej powiedzieć nie mogę o kupionym chlebie poza tym, że mi smakuje i kosztuje równe 5 złotych.

Gra w certolenie się nie ma końca. Dom. Pies. Spacer. Drzemka. Pies. Spacer. Witaj w moim najczęściej powtarzanym w ciągu tygodnia schemacie. Dalej, w programie Pages, nie ma konkretu. Konkret jest w zalążkach. Zasiałem i nie zebrałem plonu. Bo nie kwitnie, a usilnie staram się podlać zasiane. Winę ponosi na pewno brak słońca, ewentualnie smog we Wrocławiu, o którym dzisiaj przeczytałem w newsach. Smog rodzi apatię – MAM TO! Jak i – sugerując się informacjami znalezionymi w internecie – wszystkie odmiany raka.

Potem ona każe mi traktować ją (notkę) drugorzędnie i robi mi prequel mojego ulubionego seansu, w którym – nie chwaląc się – gram jedną z ważniejszych ról. Staram się ustrzec przed lubieżnością i jedyne, o czym myślę, to scenariusz sequelu, który może nastąpić. Granice Schengen zostały otwarte. Wystukuję sobie w głowie, co wstukam w blog. Jutro lub pojutrze. Że nie będę walczył z wpisem o wpisie. Tymczasem.

Idzie noc, ścinając stos ludzkich głów.
U sąsiada wyje kot,
mnie zabrakło słów.