Tam gdzie kurz i wiatr, a nie ludzie.

Tam, gdzie kurz i wiatr, a nie ludzie.

Istoty nieświadome są bardziej szczęśliwe 14 grudnia 2014

Przelatuje mi to, tu na Ziemi, bytowanie. Między palcami. Rok trwa w tym momencie najwyżej 3 miesiące i z każdym rokiem trwa krócej. Czy na samym końcu, nim wysiądę na dobre z tej kolejki, całe moje życie będą mógł streścić do jednego dnia albo – gorzej – godziny?

Dobrze się czuję zwłaszcza w tych miejscach, gdzie częściej gości kurz i wiatr, a nie ludzie. Tam czas spowalnia. Działa na moją korzyść. Do tych miejsc nikt nie przychodzi, nikt nie wraca, nie ma wokół śladów po butach, rozbitych butelek i niedopałków. Jest cisza i w tej ciszy ja jestem spokojny, mój czas jest spokojny, biomet korzystny i w ogóle, cholera, kwitnę, aż miło. Rozciągam się jak ten królik w folii w zamrażarce Lidla i patrzę przed siebie, jak to cielę, bez sensu. Moja prywatna medytacja. Cielęca. I wyłączam te wszystkie zbędne funkcje i przypomnienia w swojej głowie. Lama Ole Nydahl z pewnością w tej chwili byłby ze mnie dumny, więc wyobrażam sobie te wszystkie metafizyczne brawa, które przyjmuję.

I tak sobie myślę, spoglądając na martwy ekran swojego iPhone’a, że fetysz i kult, jakim obdarzamy innowacyjność, nie może nas zwalniać z prób zrozumienia swojego życia. Przestajemy być samowystarczalni, stając się app’ko-wystarczalni. Na wszystko przecież jest jakaś pieprzona aplikacja. Aplikacja do zarządzania domowym budżetem, aplikacja do notatek, aplikacja do sterowania swoim domem, aplikacja do zarządzania własnym życiem….

Wędrujemy zmęczeni dniem i nocą. Siedząc półprzytomni przy porannej herbacie lub kawie, pytamy o przyczynę tego niezadowolenia, by potem, z każdym łykiem gorącego napoju, powoli, na nowo akceptować swoje położenie.

Nikt już nie słucha wiatru w nocy, nikt nie ogląda gwiazd, nie patrzy w górę. Płonące ognisko i piękno Drogi Mlecznej stają się dla nas wydarzeniami, które warto uwiecznić w jednym z dwudziestu filtrów dostępnych na Instagramie. Ponura to dla mnie wizja, że musimy wyjść z mrówczego skupiska, by delektować się tym, co cały czas mamy nad głowami.

fot. Nowa Zelandia (gdzieś po drodze), 2010.