Jedną z najbardziej zapomnianych czynności, które pozwalają człowiekowi się zrelaksować, jest spacer. Prosta aktywność, wręcz banalna, którą możemy stosować codziennie. Polska tańczyła, gotowała. Teraz Polska biega. W sklepach pojawia się mnóstwo produktów dla biegaczy – sprzętu, który jeszcze parę lat temu w ogóle nie istniał. Pojawiła się potrzeba, powstały produkty: buty, ubiór, specjalne zegarki rejestrujące bicie serca, itd. Pieprzyć to. Chcesz być zdrowy? Wystarczy codziennie chodzić. Tylko tyle i aż tyle.
Kiedyś, parę lat temu, mogłem właściwie nie wychodzić z domu. Odwalałem kawał roboty od rana do późnego popołudnia, zamawiałem jedzenie do domu, potem serial, paręnaście pompek, prysznic, sen i z powrotem to samo. Wtedy wydawało mi się to całkiem fajne. Wręcz stanowiło pretekst do chwalenia – Oto ja, pan swojego losu, prezes na chacie! Kiedy rano Ty jedziesz autobusem, ja się przeciągam, kiedy zaczynasz pracę, ja spokojnie jem śniadanie.
Jaka była różnica pomiędzy mną a „normalną” osobą, która jechała do pracy? Ona była wybudzona bardziej niż ja, miała świeższy umysł mimo prawdopodobnego niewyspania. Jej ciało funkcjonowało na pełnych obrotach. Moje? Powoli się rozpędzało, nie uzyskując praktycznie nigdy prędkości maksymalnej.
Wszystko zmieniło się, kiedy zacząłem spacerować. To były przerwy na „świeże powietrze”.
To na spacerach udawało mi się wyłączyć, zregenerować kłębek myśli. Ciało i umysł dziękowało mi większą efektywnością i mniejszym poczuciem zmęczenia na koniec dnia.
Zawsze po wykonaniu jakiegoś zadania coś mnie zajmowało – były to nowe zadania lub social media, które kradły czas przeznaczony na zasłużoną przerwę. Zamiast wyłączyć wszystkie „programy” w umyśle po wykonaniu jednego zadania, wyłączałem jeden „program”, by włączyć dwa następne. Maszyna potrzebuje oddechu. Umysł potrzebuje oddechu. Mózg potrzebuje oddechu. Jak wiadomo, najlepiej oddycha się na dworze.
Przestrzeń otwiera przestrzeń w umyśle
Najbardziej lubiłem przechadzać się po parkach lub miejscach, w których było jak najmniej ludzi. Tylko ja, dźwięki i przelatujące od czasu do czasu myśli. Relaks w krokach trwający 20-30 minut. Kamień, sucha trawa, murek lub ławka stały się idealnym miejscem do tego, by odetchnąć. W każdej dzielnicy, w której mieszkałem we Wrocławiu, miałem „swoje miejsca”. Siadałem i po prostu siedziałem. To siedzenie było pozbawione wszelkiej filozofii, mimo że było nią przepełnione. Ławkowa medytacja. Spokój. Tak „uruchamiałem ponownie” swój system.
Zacząłem spacerować systematycznie. Przynajmniej starałem się, choć często przegrywałem z pogodą. Deszcz, zimno, śnieg – przecież nie wyjdę w taką pogodę! Wszystko zmieniło się wtedy, gdy kupiłem psa. Warunki atmosferyczne, choroba, kiepskie samopoczucie przestały być jakąkolwiek wymówką. Po prostu trzeba było wyjść. Pokochałem to. Ten mały skurczysyn sprawił, że jestem bardziej wypoczęty, że codziennie ładuję w siebie taką dawkę zdrowego łażenia, której większość osób może mi pozazdrościć.
Spaceruję, bo czuję się po tym lepiej, bo dzięki temu mogę wyłączyć się z biegu myśli, mogę zrelaksować ciało i umysł. Od trzech lat robię to codziennie i cały czas zbieram z tej błahej czynności mnóstwo profitów i szczerej radości.
Polecam,
Paweł Bielecki