W tym roku mijają trzy lata od mojej największej do tej pory wyprawy i co jakiś czas wracam pamięcią do kraju ptaków kiwi, hobbita i owiec. To zakątek świata, który pokochałem, który wyzwala we od całego tzw. marazmu życiowego. W NZ potrafi zachwycić Cię wszystko, nawet durne pagórki i doliny wyglądają jakoś lepiej.
To, co najbardziej mnie urzekło, to doznawane co chwilę uczucie wolności, zapomnienia i droga w nieznane. Po wylądowaniu w Auckland i wypożyczeniu campera z Jucy Rentals, każdy przemierzany kilometr pokonywany był z niezwykłym smakiem i uwagą – i to nie tylko dlatego, że jest tam ruch lewostronny i kierownica znajduje się po złej stronie.
To jedno z niewielu państw, w których wszystkie swoje problemy można zostawić na lotnisku, podczas wysiadania z samolotu. Pomaga Ci w tym otaczająca Cię przyroda oraz spotykani ludzie, którzy nie przykładają uwagi do zbędnych rzeczy – po prostu cieszą się swoim życiem, kupując produkty, z których faktycznie w 100% korzystają.
Autostrady zamieniliśmy na rzecz szutrów i mało uczęszczanych dróg. Obieraliśmy kierunek i w drogę. Zero martwienia się o noclegi, zero pośpiechu, zero Internetu, brak GPS’u. Tylko ja, Magda, Toyota Emina, mapa i foldery. Kiedy poczuliśmy głód, stawaliśmy w jakiejś malowniczej scenerii, odpalaliśmy kuchenkę i raczyliśmy się zakupionym wcześniej prowiantem, delektując się ciszą, spokojem i widokami.
Zdarzało się nawet, że przez cały dzień nie przejeżdżaliśmy przez żadną wioskę, a kontakt z ludźmi ograniczał się do mijających nas z naprzeciwka trzech lub czterech samochodów. I były to spotkania bardzo miłe. Kierowcy i pasażerowie machali do nas serdecznie i pozdrawiali uśmiechem – …od czasu mojego pobytu w Nowej Zelandii, przejechałem już parę tysięcy kilometrów i jedyne pozdrowienia od kierowców jakie otrzymałem w Polsce, to te związane z pokazywaniem środkowego palca.
Nasze podróżowanie w dużej mierze odbywało się na zasadzie przypadku. Według mnie to o wiele większa radość, znaleźć jakieś ciekawe miejsce nieświadomie, niż odbębniać wybrane przez siebie atrakcje jak automat. Noce spędzaliśmy na campingach tzw. Holiday Parkach – właściciele zazwyczaj byli przemili, oferowali swoją pomoc i raczyli ciekawymi opowieściami.
Zwiedziliśmy tylko północą wyspę, więc pozostał duży niedosyt. Ostatnio coraz częściej myślę o ponownej wyprawie do kraju kiwi i owiec, ponoć w NZ jest ich dwadzieścia razy więcej niż ludzi. Może grudzień ? Tęsknię za spokojem tego miejsca, za nazwijmy to koczowniczym trybem życia. Namiastkę tego dają mi polskie Bieszczady, ale nie mogę ich w pełni porównać do Nowej Zelandii. Tu nie chodzi nawet o to, że jest to kraj zadbany, piękny, ma świetnych mieszkańców etc. Nowa Zelandia jest ZEN i to co mnie najbardziej rajcuje, to po prostu bycie tam i przyjemne uczucie mówiące Ci, że w końcu żyjesz.
Dla zainteresowanych. Więcej szczegółów i dokładnych opisów z podróży znajdziecie tutaj: 27Trip