Na Instagramie jesteśmy tacy piękni

Na Instagramie jesteśmy tacy piękni

Praca 3 lutego 2014

„Każdy z nas jest produktem” – przeszło mi ostatnio przez myśl, kiedy przeglądałem zdjęcia na Instagramie. Każdy z nas jest sprzedawcą – idealnym. Idealnie sprzedajemy siebie. Idealnie tworzymy z siebie produkt.

Ten cały Instagram.

Przeglądam zdjęcia. Jedno, drugie, trzecie, czwarte, od czasu do czasu klikam ikonkę serduszka – niech się ktoś ucieszy, komentuję – bo to miłe, bo interakcja i te sprawy – jestem „so social”. Moje życie w życiu.

Sam również dodaję zdjęcia – na bogów, dobrze, że to nie jest analog – pamięta ktoś jeszcze analogowy aparat? Jeden „pstryk” i nie wiesz, czy zdjęcie wyszło, dopóki nie zapełnisz tych 12, 24, 36 klatek i nie pójdziesz wywołać filmu. Frustracja pieszcząca się z niewiadomą. Związek niedoskonały, ograniczona ilość prób – pytasz jak żyć i odpowiedź jest tylko jedna – tak się nie da i chwytasz za smartphone’a.

Życie za filtrem.

Ale mamy te wielostrzały, dysponujemy możliwością wykonania setek zdjęć, zanim zrobimy to jedno doskonałe, przywdziejemy na nie filtr, dodamy rozmazanie tła i już. Piękne zdjęcie, piękne tło, piękni my, piękny profil. Udostępnij. Niech wiedzą, co odjechanego jadłem w odjechanej knajpie na śniadanie (ale niech nie zastanawiają się ile układałem sztućce, okulary i kluczyki od auta, by wyszło, że niby są tam przypadkiem), niech podziwiają moją nową fryzurę oraz to jaki ze mnie „krejzol”, kiedy wyjdę spod prysznica i strzelam sobie śmiechowe fotki przeczesując włosy z tyłu na przód, z lewa na prawo itd. (ale niech myślą, że to była jedna fotka i sprawa załatwiona – trzeba przecież zrobić kurewsko dobrą minę – tajemniczość, zachęta, zez, szczery uśmiech, uśmiech szydery – paleta uśmiechów jak paleta kolorów Pantone); niech patrzą na me stopy i zachód słońca (ale niech nie widzą, że czekałem na ten moment i czekałem, aż mi dupa zmarzła); niech podziwiają samojebkę (ale niech nie widzą, że zrobienie jej nie było proste, bo fryzura zła, bo mina zła, bo wzrok jakiś mdły).

Pokazujemy swoje życie takie, jakie chcielibyśmy mieć. Sprzedajemy siebie – choć często jest to „projekcja siebie-możliwego” – licząc na to, że może kiedyś kupimy ten lifestyle, że stanie się on normą, że zajebistość z fotografii, złotymi kroplami spadnie na nas, tworząc nasze życie lepszym i wymarzonym. Na razie pozostaje nam sprzedawać „wyobrażenie siebie”, które ktoś kupuje, klikając „lubię to”.

Sprzedawca idealny, poświęcający mnóstwo energii, by efekt był piorunujący, niezwykły, by miał zasięg. Klaszczemy. Klap, klap, klap, klap. Doceniamy. Wzdychamy. Och, ach, łał, wow. Kupujemy.

W morzu fotek z „Instagrama” od czasu do czasu trafiam na zdjęcia Jarka Domańskiego, który też po części stał się inspiracją do tego wpisu. Jarek najwyraźniej ma gdzieś to, co dodaje, kiedy dodaje i jak dodaje. Jest ostoją normalności, w erze wymuskania i piękna, Jareczek ściąga mnie na Ziemię. Jareczek stoi przed odjechanymi filtrami, nie chowa się za nimi. Jareczka foty nie kłamią. Jareczek nie odkurza mieszkania, by potem zrobić zdjęcie, nie układa kapci pod kątem prostym, by te idealnie komponowały się z kominkiem, nie stosuje zbyt wielu filtrów i nie czeka, aż jego pies po godzinie łaskawie będzie w stanie zrobić jakąś głupią minę. Jareczek nie ma na to czasu. Jareczek ma wyjebane. Jareczka profil na Instagramie należy do „najbrudniejszych”, najszczerszych, najmniej przekłamanych tą wszechogarniającą zajebistością. Jareczek jest kiepskim sprzedawcą, bo sprzedaje prawdę. Jareczek jest kiepskim towarem, bo nie robi stu pompek, nie myje włosów, by dobrze wyjść na zdjęciu.

Jareczek po prostu dodaje zdjęcia, takie jakie są. I za to go lubię.

Linki: Jareczkowy Instagram, Jareczkowy Twitter