Klawiatura jest wykastrowana z emocji. Jest i już, i będzie przynajmniej przez parę lat. Kiedyś prowadziłem dziennik, w notesie, specjalnie kupionym w Nowym Jorku. Oczywiście, że mogłem kupić jakikolwiek inny zeszyt, ale nie. Musiałem mieć ten jeden, specyficzny, kosztujący 4$ zwykły zeszyt szkolny. No i pióro. Jeszcze do niedawna w najważniejszych dla mnie notatnikach nie pisałem długopisem. Używałem wyłącznie pióra.
Długopis lub pióro to potężne narzędzie, znacznie bardziej przekraczające możliwości komputerowej klawiatury.
Niestety z racji intensywności życia, pasja pisania piórem przełożona została na dalsze miejsce. Nie przeszkadza mi to jednak, by od czasu do czasu, gdy przechadzam się po pasażach handlowych zatrzymać się przy witrynach, na których wyłożone są te cuda ze stalówkami. To oczywiste, że podobają mi się najdroższe modele. W drogich piórach widzę znacznie więcej niż tylko przedmiot służący do pisania. W nich żyje magia. Są swego rodzaju przedłużeniem umysłu. Różdżką, artefaktem, sam przypisz nazwę.
Tak pisałem w marcu 2008 roku
„Grunt to dobry zeszyt. Bez dobrego zeszytu nie można zacząć dobrze pisać. Dobry zeszyt zachęca do pisania bardziej niż zeszyt zły. Ten zeszyt jest dobry. To Roaring Spring. Kupiony został w 2007 roku w sklepie na Manhattanie. Kupione zostały wtedy dwa takie same zeszyty. Jeden jest mój, jeden ma ona.
Moleskine – zmierzenie się z legendą notatników
Około 2006 roku dostałem swojego pierwszego Moleskine’a. Wygrałem go w konkursie organizowanym przez Lipton. Nie miałem zielonego pojęcia co to za notes, nie znałem tej firmy, nie znałem jej historii. Używany przez międzynarodową awangardę prosty notatnik zwrócił moją uwagę, takimi nazwiskami jak: Van Gogh, Picasso, Hemingway. Powiedziałem do siebie „łał” (wtedy jeszcze „łał” było „łał”, a nie „wow”). Działa to na mnie. Lubię klasyki, lubię rzeczy posiadające swoją historię i charakterystyczny styl, który nie był zmieniany od lat.
Ten Moleskine jest ze mną do dzisiaj i jest jedną z najważniejszych, najbardziej cennych rzeczy w moim życiu. To w nim rodziły i rodzą się „wierszokurwy”, to w nim powstała większość tekstów, które może kiedyś upublicznię, to w nim wypisana jest większość krótkich myśli, które może kiedyś złożę.
Były jeszcze kalendarze, jednak nie używałem ich do zapisywania terminów, czy briefingów. Zawsze wolałem wypisać takie informacje na luźnych kartkach, nie brudząc tym samym kartek kalendarza, pracowniczym bełkotem – wiem, to chore. I tak kalendarze stały się przedłużeniem mojego czarnego Moleskine’a. To z nimi moje inspiracje i moje myśli mają pierwszy kontakt. To swoiste zapładniacze na kotwice myślowe.
Muszę zapisać zanim zrobię
Ostatnio poszukiwałem idealnej multiplatformowej aplikacji typu to-do. Testowałem mniej i bardziej popularne app-ki. Z początku było to fajne, to całe testowanie, szukanie, naprawdę mnie to bawiło. Z czasem przestałem do app-ek zaglądać, nawet jeśli wystawiłem im dobre oceny. Znudziły mnie.
Szukałem dalej i szukałem długo, aż w końcu spasowałem. Przekonałem się, że nie ma dla mnie lepszej metody niż notes i coś do pisania. Muszę zapisać zanim zrobię i mam tu na myśli zapisanie czegoś w notatniku, takim materialnym, nie funkcjonującym dzięki baterii, procesorowi i ekranowi. Kiedy jestem na konferencjach nie wstydzę się korzystać z zeszytu, zapisując w nim najciekawsze rzeczy wpadające mi do ucha.
Zapisywanie swoich myśli sprawia, że bardziej zapamiętuję większość rzeczy, myślę o nich bardziej kreatywnie, myślę o nich więcej. Jestem przekonany, że mój mózg inaczej pracuje kiedy zapiszę jakiś problem, widzę go przed oczami – to mnie pobudza. I tu znowu padło na Moleskine’a. Mogłem sobie kupić zwykłe przylepne karteczki. Mogłem, ale pewnie bym ich nie używał.
Zacne rzeczy sprawiają, że chce się z nich korzystać, wyzwalają coś więcej. Ktoś powie, że to kwestia psychiki, lecz skoro ładny notatnik, konkretnej firmy stymuluje mnie do lepszej pracy, dlaczego mam go nie kupić i wyzwolić z siebie stos myśli spływających z głowy w akompaniamencie ledwo słyszalnego szurania stalówki o papier.