Technologia jest cudowna, ale coraz częściej łapię się na tym, że „separacja technologiczna” jest czymś, co mnie nie tyle bardziej pociąga, ale jest mi potrzebne. Co sprawiło, że naszła mnie taka ochota? Czuję się przytłoczony informacjami, łapię się na tym, że zaraz po przebudzeniu sięgam po iPada i jeszcze będąc czasem w łóżku odbieram pocztę, robię poranną prasówkę oraz wertuję nowe posty na Facebooku. Ostatnio doszedł do tego – o zgrozo – Instagram. Nic nie znaczące, nic nie wnoszące zdjęcia moich znajomych przeglądam do porannej kawy i tak lajk za lakiem, komentarz za komentarzem. Smartphone też nie ułatwia życia, bowiem wszystkie „społecznościówki” oraz skrzynki pocztowe mam „podpięte” w telefonie – jestem 24h online (!) – to chore.
Oczywiście nie mogę nic zarzucić dobrodziejstwu Internetu, temu, że to on daje mi pracę, pozwala pisać bloga, zdobywać nowe wspaniałe kontakty etc. Jednak jest go w moim życiu o te parę minut każdego dnia za dużo. Nawet nie chcę myśleć ile godzin „na Internet” tracę w ciągu jednego roku….
Mówi się, że „jeśli nie ma Cię w Google, nie istniejesz”. To błędna teza, która ma sens jedynie wtedy, jeśli ograniczymy swoje życie wyłącznie do sieci, ale czy faktycznie tego pragniemy? Nie wiem kiedy, nie wiem o której godzinie, ale podejrzewam, że powstanie ruch, swego rodzaju bunt przeciw sieci, przeciw wszystkiemu co „internetowe”, a przewodzić tej, nazwijmy to rebelii będzie młodzież, która urodziła się w czasach, w których Internet, social media są czymś normalnym. To oni będą pokoleniem, które nie zachłyśnie się wszystkim tym, co my łykamy bez najmniejszego głosu sprzeciwu. To dla nich bardziej zacznie liczyć się życie offline, niż życie na swoim wallu.
Co z nami?
W końcu sami zmęczymy się ogromem technologii, ogromem mediów społecznościowych, wielością platform etc. – coraz wolniej będziemy przyswajać zmiany, aż w końcu nas to przerośnie.
W tej chwili jesteśmy wysportowani, gotujemy, parę lat temu tańczyliśmy, a niedługo będziemy chcieli być offline, bo będzie to modne, będzie to trendy, jak ćwiczenia z Chodakiem, jak jedzenie produktów okraszonych magicznym znakiem „fit”, jak nordic walking i bieganie po parku wraz z grupką pasjonatów o chorych porannych godzinach.
Być może wybierając się na wakacje nie będziemy już pytać o to, czy w pokoju jest wi-fi, ale o to, czy go tam nie ma. Wydaje mi się, że idziemy w kierunku, czegoś co nazywam „wakacjami offline”. Już widzę te reklamy w biurach podróży „spędź wakacje z dala od zgiełku miasta, z dala od chaosu informacji, z dala od Internetu – zen kurwa!”; „przyjedź do (tu nazwa miasta) – to jedyne miejsce w Polsce, gdzie nie masz zasięgu, gdzie możesz poczuć, że żyjesz. Zobacz, ile warta jest jedna minuta bez chaosu dnia codziennego – uwolnij się!” .
Znowu zwrócimy uwagę na przyrodę, na spokój, na siebie. Będziemy chcieli poczuć moc płynącą bezpośrednio z życia odłączonego od kabla i będziemy płacić dużo hajsu, by to osiągnąć, ba, blogerzy będą opisywać swoje przeżycia z wizyty w takich miejscach i będą je kochać – bo to inne, bo to nietypowe, bo to takie uwalniające, alternatywne, bo można pokazać, że się da bez tego netu i w ogóle.
Czy tak się stanie? Czy będzie to trend globalny? Nie wiem, ale bardzo bym tego chciał.
Obrazek: 1