Ona. Dziewczyna. Kobieta.

Ona. Dziewczyna. Kobieta.

Przestrzeń wydziedziczona 16 września 2015

Spódniczka przesuwa się jej wysoko ponad kolano i zatrzymuje na udzie, a stamtąd już tylko kilka centymetrów do istoty, esencji, eidos. Motyle w trzewiach wiosnę mi sieją i spustoszenie. I ta wszechogarniająca wiotkość, miałkość i nicość we mnie. Jeśliby w tej chwili podeszła i powiedziała „wyskocz z okna”, „rzuć się pod auto”, „przebij serce sztyletem”, to bym wyskoczył, rzucił się, przebił na wylot. Dla niej.

Ona.

Ona w tym czasie ma blond włosy, dojrzałe spojrzenie i ciało, które jeszcze nie wie, co to grzech. I uśmiecha się, kiedy po lekcjach przed rozstaniem kupujemy sobie hot dogi w nieistniejącym już miejscu w centrum Legnicy.

W liceum odbywam podwójny tok nauczania: normalny i prywatny, w którym uczę się na pamięć jej ciała – na przyszłość, na samotne nocne, na tu i teraz. Widuję ją codziennie od poniedziałku do piątku co 45 minut, podczas których myślę o jej oczach, szyi, piersiach, ramionach, udach, łydkach, stopach, ustach. Dość. Dzwoni dzwonek.

Stoi przy tablicy i pisze coś na jej szczycie, a mi muzyka i wiersze w głowie grają w rytm jej napinających się pośladków. I marzę tylko, by „ź”, „ż”, „ó” i wielkie litery sprawiały, by na palcach stanąć mogła. I pisze. I staje. Ja z nią. Mam ten obraz jeszcze do lekcji biologii u Pani Góry, gdzie – zapatrzony w akwarium – odpływam razem z przekarmionymi chałką rybkami.

Pomiędzy jednym i drugim wyznaniem miłości na wakacjach w Kołobrzegu czuję, że coś się zmienia. Przepoczwarzamy się w coś więcej niż zauroczenie. Leżymy w sobie, a świat przez tydzień czasu leży odłogiem i wszystko wskazuje na to, ze prędko do niego nie wrócimy. Nie wracamy. Wychodzimy tylko po bułki do sklepu.

Pamiętam, że w domu jeszcze z bijącym jak młot sercem rozpamiętuję każdą noc i nawet w boga chce mi się wierzyć po tym zaznaniu boskiej twórczości w nasyceniu przekraczającym wszystkie zmysły.

A potem zdaliśmy razem na studia, których kierunek nie mieścił się w głowach ludu pracującego. Studiowaliśmy „nic”, by potem stało się z tego „coś”. Przez trzy lata przelewamy przez siebie morze wiedzy, alkoholu i używek. Zmieniamy trzy razy mieszkanie. Mamy pierwsze wspólne meble i brak pieniędzy na koncie.

Ona.

Ona w tym czasie ma czarne włosy, dojrzałe ciało, pełne mądrości spojrzenie, a w rękach swoje życie, które od tej pory będzie układać według własnej etyki, własnego zaufania, własnej intuicji. I ja istnieję w jej wielkim planie.

Wrocław. Praca. Pies. Spacer. Odkrywamy siebie w społeczeństwie. Przeżywam fascynację kobietą – KOBIETĄ – na nowo. Seksualność na bardzo wysokim poziomie. Miłość zaczyna wyczerpywać swoją definicję. To dość istotne uczucie, kiedy budzisz się rano i wiesz, że wszystko co najważniejsze w Twoim życiu, ma opartą głowę na sąsiadującej poduszce.

Spódniczka przesuwa się jej wysoko ponad kolano i zatrzymuje na udzie, a stamtąd już tylko kilka centymetrów do istoty, esencji, eidos. Motyle w trzewiach wiosnę mi sieją i spustoszenie. I ta wszechogarniająca wiotkość, miałkość i nicość we mnie. Jeśliby w tej chwili podeszła i powiedziała „wyskocz z okna”, „rzuć się pod auto”, „przebij serce sztyletem”, to bym wyskoczył, rzucił się, przebił na wylot. Dla niej.