141 - zaszybie - Paweł Bielecki

141 – zaszybie

21 stycznia 2018

W zaszybiu to wszystko, co być może, a nie jest, co być powinno, a nie jest, ale też masa wszystkiego, czego nie chcemy, a jest. Bo w zaszybiu, a w zaszybiu to koktajl wszystkiego.

Jadę pociągiem. Miga mi Polska za oknem. Migają samochody od starego Golfa, po nowe Range Rovery. Migają bieda i bogactwo przed nosem. Czarno-biało mi się robi od tego, muli mnie odrobinę. Świat jest piękny w emocjach na twarzach, ten smutek cały, no piękny. Radość też piękna. Obojętność również. A zaduma, to już w ogóle. Oczy gdzieś za mgłą, oczy bystre, oczy uśmiechnięte i płaczące. Jacyś się robimy w tych okopach emocji. Jacyś się robimy w tym wyrażeniu siebie. No, powiem to. Piękni. Nawet kiedy smutni. To piękni.

Smutek towarzyszy starszemu Panu na dworcu centralnym w Warszawie. Jest w centrum Polski, w pępku Polski, gdzie wszystko, gdzie możliwości. A on stoi. I smutny. Smutny i stoi, a w oczach wszystko tak blisko, a tak daleko, wszystko już nieosiągalne, wszystko byle nie patrzeć. Pan patrzy w siebie, jakby tam szukał czegoś, co widzieć chce, by nie widzieć tego, co wokół.

Czego on tam w sobie wypatrywał?
Ciekawość.
Czego szukał?
Ciekawość.
Czemu umarł?
Trwoga.
Czemu o tym myślę?
Niepokój.
Czemu jest mi to bliskie?
Smutek.

I cholera. Stoję obok niego. Ślepy na zewnątrz, przerażony tym co wewnątrz.