Czy można pracować mniej? - Paweł Bielecki

Czy można pracować mniej?

Praca 29 marca 2018

Wyobraźmy sobie te kilka godzin w ciągu dnia, które możemy poświęcić wyłącznie dla siebie – bez obowiązków, bez pracy, tylko my. Brzmi cudownie, prawda?

Umówmy się, work-life balance, to termin służący opisaniu zachowania, które powinno być czymś naturalnym. To wymówka i argument, bo przecież musimy mieć określenie, by ująć oddzielenie to, co nasze od tego, co oddajemy pracy.

Pracować mniej? To wbrew pozorom nie jest łatwe zadanie. Twój szef, Twoi współpracownicy zawsze znajdą coś, by Cię zająć. Największym wrogiem jesteś jednak Ty. Jak bowiem pracować mniej, kiedy zawsze można zrobić coś na jutro, na później, na następny tydzień. I tak wpadamy w wir. I tak ja wpadłem w wir.

8-godzinny tryb pracy?

Próbowałem. Naprawdę. Poszedłbym dalej. Ja w tym trybie chyba nigdy nie pracowałem (no może za czasów studiów). Od kilku lat życie dzielę na momenty, kiedy pracuję i kiedy śpię. Nawet jeśli nie robię nic do pracy, to pracuję nad czymś swoim – można to nazwać hobby, ale hobby to często również praca.

Uzależnienie od pracy?

Czasami zazdroszczę tym, którzy wchodzą do biura o 9., a wychodzą o 17. i zostawiają wszystko za sobą. I choćby świat się walił, po 17. nie odbierają telefonów, nie odpisują na wiadomości, a przełożonemu są w stanie powiedzieć „to nie są moje godziny pracy”.

Rozumiem, że wychodzenie poza sztywne godziny pracy może mniej lub bardziej uwłaczać naszej godności. Być może działałbym podobnie, gdybym nigdy nie założył własnej działalności gospodarczej. To prowadzenie firmy nauczyło mnie przede wszystkim odpowiedzialności za wykonywaną pracę.

Nie potrafię wyobrazić sobie, jak można istotne zadanie „na już” przesunąć na dzień następny lub zostawić całość w martwym punkcie. Nie sugeruję tego, by wykonać zadanie w całości, ale chociaż by nadać mu pewnego rozpędu – w ten sposób ułatwiając sobie następny dzień w pracy.

Mniejsza liczba godzin poświęconych na pracę = większa kreatywność.

Nie trzeba być naukowcem, żeby do tego dojść. Ileż to razy wpadaliśmy na jakiś świetny pomysł, przeglądając coś bezmyślnie: biorąc prysznic, wychodząc na spacer z psem, czy (no nie piszcie, że nie) siedząc na sedesie. To są te wszystkie momenty, w których umysł jest zrelaksowany i pracuje najefektywniej.

Pracę zabierałem do domu, do restauracji, do…. wszędzie ją zabierałem! Bo praca to telefon, komputer, relacje osobiste. Gdzie tkwi błąd, gdzie jest mój czas? – często zadawałem i zadaję sobie to pytanie.

Fake work.

Czyli wszystko to, co nazywamy pracą, a kompletnie nie ma przełożenia na jej efekt. Dla przykładu. Jeśli Twoja praca związana jest z mediami społecznościowymi, nie musisz tracić czasu na lajkowanie zdjęć swojego najlepszego przyjaciela lub dalekiego kuzyna. Lajki? Ok, ale w grupie docelowej Twojego klienta.

Fake work, to również wszystkie spotkania na których siedzisz i jesteś wyłącznie słuchaczem. Sprawdzenie wszystkich maili i odpisywanie na nie – nie mój drogi, to nie jest Twoje główne zadanie. Dlaczego? Zadowalając innych (odpowiadając im), tylko w teorii zadowalasz siebie (bo masz inbox zero). Pisanie maili to czas, a co z czasem potrzebnym na wykonanie jakiegoś zadania? Tak. Właśnie go sobie zabierasz.

W 1906 roku włoski ekonomista Vilfredo Pareto stworzył matematyczną formułę opisującą podział dobrobytu w jego kraju. Zgodnie z nią rozkład wielu cech przyjmuje stosunek 20 do 80, np. około 80% przychodów przedsiębiorstwa generowanych jest przez około 20% jego klientów. Reguła 80/20 zakłada, że w każdej sytuacji 20% czasu poświęconego pracy, generuje 80% efektów tejże pracy. Kluczem do sukcesu jest zdefiniowanie tych 20%.

np.

  • Jeśli mamy listę to-do. Skupmy się na zadaniach najtrudniejszych.
  • Jeśli prowadzisz sklep i widzisz, że dany produkt napędza firmę, skup się na tym, żeby tego nie stracić, zamiast starać się sprzedawać wszystkie produkty, inwestując ten sam budżet.
  • Jeśli prowadzisz firmę, skup się na 20% swoich zasobów (pracowników), którzy zapewniają 80% sukcesów całej firmie. Eliminuj te osoby, które nie dostarczają zadowalających wyników.

Jak być produktywnym?

Niestety wiąże się to z nawykami. Wiadomo, te szkodliwe jesteśmy w stanie łatwo wdrożyć w nasze życie (często nawet niezauważenie), te pozytywne już nieco mniej, bo wiążą się one z pewnymi ograniczeniami. Ale hej, przecież chcemy pracować mniej, może więc warto się poświęcić? Próbuję. Cały czas próbuję znaleźć złoty środek dla pracy, zwłaszcza teraz, kiedy uwagę moją kradnie dziecko, które potrzebuje… no właśnie, czasu.

Internet jest pełen tzw. lifehacków, które podpowiadają nam jak radzić sobie z pracą oraz jak pracować efektywnie. Zbierając wszystko w całość, można dojść do często powtarzających się wniosków. Nazwijmy to esencją, lub sztuką pracy.

Pierwsze 90 minut pracy warto poświęcić na najważniejsze zadania.

Starajmy się mieć jak najmniej rozpraszaczy. Od mediów społecznościowych po kolegów i koleżanki z biurka obok.Zrezygnujmy ze wspólnych wypadów do kuchni/kawiarni po poranną kawę. Idźmy po tę kawę sami, unikniemy wtedy bezsensownych rozmów przy ekspresie (wyjdziemy wtedy na gbura, ale coś za coś).

Rano jesteśmy najbardziej skupieni, nawet jeśli tak się nie czujemy. Brzmi jak mantra kołcza, ale coś w tym jest. Probowałem – i przyznaję niechętnie (bo przecież sen jest tak cudowny i zawsze wszystko wolę robić w nocy), działa.Jeśli unikniemy rozpraszaczy, do 10:30 będziemy mieli zrealizowane większość zadań. To da pozytywnego kopa i energię na resztę dnia, bo co by się dalej nie działo, część pracy mamy już za sobą.

Podpowiedź: jeśli nie możesz zabrać się do roboty rano, kup bilet na pociąg do dowolnej miejscowości. Najlepiej taki, który wyjeżdża z peronu o 6:30 rano i jedzie minimum 4 godziny. Zaufaj mi. Jeśli będziesz pracował, większość zadań wykonasz zanim dojedziesz do stacji docelowej. W drodze powrotnej możesz skorzystać np. z Warsa i zjeść obiad. Dlaczego tak się dzieje? Z pociągu nie wyjdziemy, jesteśmy zmuszeni gdzieś siedzieć, rozpraszaczy jest mało, dzięki czemu jesteśmy w stanie lepiej skupić się na konkretnych rzeczach (pracy, książce, itd.).

– Po wykorzystaniu efektu świeżości pracujmy 50-60 minut nad jednym zadaniem i róbmy sobie 10-minutowe przerwy (papieros to kiepski pomysł, w przeciwieństwie do spaceru). Jeśli prowadzisz dziennik zadań, zanotuj co zostało wykonane i zaplanuj sobie następny dzień, tak, by nie planować go o poranku.

Traktuj piątek jako mały poniedziałek

Pamiętaj o tym, co jest najważniejsze pod koniec dnia. Rezultaty Twojej pracy. Nie martw się, jeśli czasem nic z tego nie wyjdzie, ale nie dopuszczaj do momentu, kiedy będziesz w bańce zadań do wykonania. Nie wszystko trzeba zrobić w jeden dzień. Jeśli wierzyć Biblii, nawet bóg nie dał rady w jeden dzień zbudować świata.

Nie będziemy żyli wiecznie, więc się ogarnij!

Po kilku latach zaczynam rozumieć, że czas, który mam jest ograniczony i zaczynam rozumieć to coraz bardziej. Zdarza mi się jeszcze pracować przez 14 godzin. 4 godziny przeznaczając dla rodziny, 2 na jedzenie i 4 na sen. Jestem w stanie żyć w takim trybie przez parę tygodni – w końcu przez lata się do tego przyzwyczaiłem. Przychodzi jednak taki moment, kiedy jestem kompletnie wydrenowany z czegokolwiek. Brak emocji, chęci do pracy, chęci do czegokolwiek. Pojawia się kolosalna ilość zwątpienia. Zazwyczaj trwa to 3-5 dni, potem obiecuję sobie, że będzie inaczej i znów wracam do morderczego trybu.

Podejrzewam, że narzucone tempo doprowadziło mnie do miejsca w którym jestem teraz – nie mam prawa narzekać. Zapłaciłem za to swoją cenę, kosztem najbliższych osób, zdrowia (bo tak trudno poćwiczyć, czy pójść na basen), czy stanów zwątpienia, które od czasu do czasu mnie nawiedzają.

W momencie kiedy na świecie pojawiło się dziecko coś musiałem zmienić. I zmieniam dalej, wciąż się dostosowuję, uczę. Mój tryb kompletnie nie pasował i nie pasuje (bo nie oszukujmy się, wciąż mi się zdarza wejść na level mikrosnu) do życia rodzinnego. Wspominałem już, że czasem zazdroszczę tym, którzy mają pracę od-do? Tak…

Może Ci się spodobać: przeczytaj artykuł „piątek, to taki mały poniedziałek„.

Czego wciąż się uczę:

1. Zaufanie.

Zawsze wychodziłem z założenia, że jeżeli chcę, by coś zrobione było dobrze, musiałem zrobić to sam. Jeśli delegowałem zadania dalej, to z wielką obawą, że ich realizacja będzie się różnić od efektu, który wcześniej miałem w głowie. Z rozwojem firmy bardzo wolno przyszło mi zrozumienie tego, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego sam. Ciężar wszystkich informacji drenuje umysł. Łatwo jest wtedy popaść w niemały lęk, mając (błędne) przekonanie, że jeden mój błąd, to koniec wszystkiego.

2. Spotkania = praca.

Biorę udział w wielu spotkaniach, które potem przekładają się na całą firmę, np. pozyskanie klienta, utrzymanie dobrych relacji, itd. Jeszcze całkiem niedawno miałem sobie za złe to, że spędzam czas na obiedzie lub śniadaniu biznesowym, jem dobre rzeczy, popijam wyśmienitą kawę, podczas gdy inni realnie pracują. Pod koniec dnia grafik mógł się pochwalić kilkoma zrobionymi grafikami, czy designem nowej strony internetowej, PR-owiec paroma tekstami i ciekawymi publikacjami. A ja? Wracałem ze spotkania z mniej lub bardziej dobrą wiadomością. Poddawałem więc w wątpliwość swoje wynagrodzenie, zastanawiałem się czy w ogóle na nie zasługuję. Co robiłem? Wracałem do domu i pracowałem. Nadrabiałem cały dzień do 4 lub 5 nad ranem, miałem swój efekt i wkład, nie zostawałem w tyle z robotą. Jaki był poranek opisywać chyba nie muszę.

Dalej mam wyrzuty sumienia, jeśli w tygodniu kalendarz mam gęsty od spotkań, ale rozumiem też, że spotkania te dają efekt całej firmie, to dzięki nim, ja oraz inni możemy robić ciekawe rzeczy, mieć z tego satysfakcję i wynagrodzenie.

3. Bezsensowne spotkania.

czyli powiedz mi o co chodzi przez telefon lub napisz maila o czym chcesz ze mną porozmawiać. Być może niepotrzebne jest spotkanie, bo temat kompletnie mnie nie zainteresuje. Wciąż się uczę…

4. Nauka mówienia „nie”.

Nikt nie chce nikogo zawieść, wiara w to, że możemy zrobić wszystko bywa złudna o czym pisałem wyżej. Czasami zdarzało się, że w środku dnia dostawałem propozycję spotkania, zgadzałem się na to, mimo iż wiedziałem, że będę potem musiał nadrobić zaległości. Traciłem czas, a spotkanie z powodzeniem można było przenieść na mail. Byłem tak skupiony na zadowoleniu każdego klienta, każdej osoby, która się do mnie zgłosiła, że zapominałem w tym wszystkim o sobie (na obiad nie było już czasu). Mimo iż doskonale wiedziałem, że nie warto czegoś robić, godziłem się na to.

Pierwsze „nie” było najtrudniejsze. Kolejne zostały docenione przez innych, po prostu zaczęto szanować mój czas. Umiejętność mówienia „nie” pokazuje również dojrzałość biznesową; jasno dajemy do zrozumienia, że szanujemy swój czas, wydzielamy go skrupulatnie na konkretne zadania, co przekłada się na nic innego tylko na jakość/efekt, a to się ceni.

5. Czekanie na idealny moment i perfekcjonizm.

Jeśli czekasz, wypadasz z gry, jeśli działasz, to w tej grze zostajesz. Ileż projektów czekało na swoją realizację, bo zawsze było coś, co sprawiało, że uważaliśmy je za nie do końca doskonałe. Kiedy już znajdowaliśmy „to coś” okazywało się, że albo jest już za późno, albo pomysł okazywał się nieświeży w zestawieniu z aktualnie panującymi trendami czy nastrojami. Czekanie na perfekcyjny moment, to jawne okłamywanie się, że taki nadejdzie. Owszem, czasem warto poczekać, ale nie za długo. Wena i pomysłowość jest efektem ubocznym pracy, kreatywność z kolei jest efektem łączenia kropek, a nie boskim stanem natchnienia. Żeby to uzyskać trzeba szukać, pracować, zastanawiać się. Perfekcja nie przychodzi do nas z nieba.

6. Rozpraszacze:

  • jeśli ktoś ma luźniejszy dzień w pracy nie oznacza to, że musisz mu towarzyszyć w rozmowie;
  • jeśli masz coś ważnego do zrobienia, każdy telefon i mail może poczekać;
  • jeśli ktoś ma problem lub szuka rozrywki; zgódź się na wszystko, ale najpierw zrób swoją robotę;
  • wyłącz powiadomienia w telefonie i na komputerze

PS ten wpis nie jest pisany wyłącznie dla Ciebie, ale również dla mnie. Mam nadzieję, że wywrę na sobie presję, by zacząć coś zmieniać. Czas na czas.

Może Ci się spodobać:

 

Fot. Grzegorz Rajter